Nowa zakładka "Kącik Zadań" dla lubiących wyzwania pojawiła się w Off-top! | Zmiana pory roku. Lato zbliża się wielkimi krokami. | ADMINISTACJA PROSI W MIARĘ MOŻLIWOŚCI O PRZYŚPIESZENIU AKCJI WĄTKÓW DO OBECNEJ PORY ROKU LUB DODANIE DO OPOWIADAŃ INFORMACJI, W JAKIM CZASIE DZIEJE SIĘ AKCJA WĄTKU | THE KINGDOM OF BLOOD zaprasza do siebie! | Miła atmosfera, kochani członkowie. | Poszukujemy nowych członków! | Chętnie zawieramy sojusze! Wystarczy zostawić komentarz w zakładce: Współpraca | Jeśli masz ochotę popisać, nie krępuj się! | Zapraszamy na Discroda, gdzie jest nas dużo więcej! | Nie musisz dołączać do bloga, wystarczy nam Twoja obecność na serwerze!

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Od Bruno do Lucy ~ "Pod jednym księżycem"

Każda piękna historia ma swój początek. A początek historii Bruno? Cóż... Sama jego historia była raczej… specyficzna. Bruno urodził się jako jedynak. Niczego mu nie brakowało. Matka rozpieszczała go, a ojciec dbał o to, by pojawiło się u niego zamiłowanie do walki i rozlewu krwi. Cóż, można rzec, że stali się to nieco zbyt wcześnie. Bruno od małego często wszczynał bójki. Podczas zabawy, był nieco zbyt brutalny. Niejeden jego rówieśnik ucierpiał podczas zabawy z nim. Głęboko wbite zęby, naderwane ucho. Trwało to tak długo, że większość par w stadzie surowo zabroniła swoim potomkom zabawy z Brunem. Umbor postanowił, by oddać syna szybciej pod szkolenie. To właśnie tam wszystko znacznie się pogorszyło. Bruno wpadł w towarzystwo łowców, którzy nie grzeszyli dobrymi manierami. Każde udane łowy, były wieczorami świętowane w karczmie. Ach, jakież to było piękne życie dla samca. Te piękne panie, które zabawiały go rozmową, litry trunków procentowych, które wprowadzały go w cudowny stan upojenia. Wszystko wydawało się takie idealne. Jednak wszystko, co dobre, musi się kończyć, prawda?
Leo, największy adorator pięknych wader, który potrafił skłonić kilka pań na wspólną noc w tym samym czasie, stracił głowę dla biednej nowo przybyłej samicy. Nie była nawet w połowie tak piękna, jak te, które zawsze mu towarzyszyły.
Andre, założył rodzinę, gdzie zawsze wspominał, że jest samotnym kowalem własnego losu.
Zett, który miał mocną głowę i wlewał w siebie litry procentów, stwierdził, że pora stać się abstynentem, ponieważ spodobał mu się jakiś młody samiec.
Bruno został sam. Wszyscy, z którymi spędzał wieczory, nagle mieli lepsze plany. Chodzenie do karczmy samemu nie było dla Bruna. On był duszą towarzystwa, a samotność? Nie była dla niego. Dlatego Bruno podjął decyzję. Odchodzi. Pożegnał matkę i młodsze rodzeństwo. Obiecał, że będzie pisać i kiedyś ich odwiedzi.
Dni mijały. Bruno poznawał na przystankach sporo ciekawych wilków. Jeden z nich wskazał mu kierunek.
— Idź na południe. Przejdziesz przez las Kirana. Tam znajdziesz miasto Varona.
Bruno był wdzięczny za wskazówkę. Posłuchaj wilka i tak znalazł się w Varonie. Jako iż był zmęczony, postanowił skorzystać z karczmy. Wynajął pokój, a wieczorem postanowił spróbować lokalnych trunków. Skończyło się na tym, że pobił się z jakimś wilkiem. Bruno nie pamiętał, o co poszło. Może go obraził albo podrywał jego siostrę bądź partnerkę. Było to mało istotne. Bruno i nieznajomego odciągnął od siebie jakiś inny wilk, wojownik. Warknął do Bruna, że jeśli ma za dużo energii, by się do czegoś przydał i stał się wojownikiem. O dziwo dotarło to do pijanego umysłu Bruno. Następnego dnia Bruno zgłosił się do lokalnej watahy i zaciągnął na stanowisko wojownika. Bruno został przyjęty, zarówno do branży wojowników, jak i watahy. Tak zaczęła się jego historia w watasze.
*

Od Renesmee ciąg dalszy Kaberu ~ "Tam gdzie nieodkryty ląd"

Renesmee z trudem panowała nad swoimi emocjami. Zazwyczaj zachowanie neutralnej obojętności przychodziło jej z łatwością, lecz teraz, gdy Kaberu z zabójczą skutecznością wybił ją ze strefy opanowania, którą zazwyczaj mistrzowsko trzymała, trudno było jej znów w nią wejść. Niekontrolowany rumieniec skrywał się na jej policzkach pod szarym futrem, głos lekko zacinał się podczas wypowiadania kolejnych zdań. Rene nie poznawała samej siebie. Po raz pierwszy zachowywała się w ten sposób. Czuła się tak, jakby nagle wróciła do młodzieńczych lat, choć nawet wtedy nie czuła się aż tak zawstydzona z powodu tego rodzaju rozmowy, jeśli można określić ich wymianę zdań w ten sposób. Rozmowa może flirt? Rene nie była pewna. Przez całe życie, żyła dla innych. Nie skupiała się na własnych potrzebach. Na początku poświęcała się dla watahy, a gdy pojawił się mały Niko, skupiła się na jego wychowaniu. A teraz? Była zaskoczona, że w pewien sposób rozważała jego propozycję w duchu. Miała tylko nadzieję, że jej towarzysz tego nie zauważy. Nie chciałaby wyjść na zdesperowaną. Może faktycznie zbyt długo zapominała o samej sobie. Pora stać się egoistką, chociaż w najmniejszym stopniu.
— Masz rację. Czas wszystko pokaże. - odparła, obdarowując go lekkim uśmiechem i wróciła do posiłku. Czasami zerkała na basiora kątem oka. Uważnie pilnowała, by nie została złapana na gorącym uczynku. Musiała przyznać, Kaberu miał swój urok. W niecodzienny sposób przyciągał spojrzenie, a Rene czuła się trochę zagubiona w tym. Może to pierwsze swego rodzaju zauroczenie po tak długim czasie? Może dlatego go nie rozpoznaje?
~ Zbyt dużo myślisz Rene.~ zganiła siebie samą w myślach i dokończyła posiłek.
— Sprawnie ci to idzie. Myślałem, że zaproponuję ci pomóc. - odparł Kaberu z uśmiechem. Renesmee podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się dobitnie.
— Jeśli byś spróbował, straciłbyś łapę, albo dwie, jeśli dobrze bym wymierzyła atak. - odparła Renesmee, a Kaberu zaśmiał się wesoło na jej jakże poważną groźbę.
— Masz charakter, co? - spytał wesoło samiec.
— A myślisz, że dlaczego jestem sama? Ciężko znaleźć samca, który by mnie zniósł. Mam charakter, który idealnie odstrasza potencjalnych idiotów. - odparła silnie Renesmee, a śmiech Kaberu znów wypełnił bar. Nie wiedzieć czemu Renesmee czuła się dumna, że wywołała śmiech samca. To było dziwne poczucie, ale wydawało się też na swój sposób właściwe.
— Powinienem sobie to zanotować. - wyznał wesoło Kaberu.
— Jestem pewna, że będziesz pamiętać. - odparła Renesmee i puściła do niego oko. Wzięła kufel i upiła kolejny łyk soku. Między nimi zapadła chwila ciszy. Rene skupiała się na kuflu, ale czuła jak samiec się w nią wpatruje. Czuła się nieco nerwowo.
— Co byś zrobił, gdybym odpowiedziała? - spytała, zanim zdążyła się powstrzymać.
— Co masz na myśli? - spytał Kaberu, przechylając głowę.

niedziela, 4 stycznia 2026

Od Atrehu ciąg dalszy Itami ~ "Druga strona róży"

Odwróciłem wzrok, bo patrzenie jej prosto w oczy w tej chwili było jak rozbrajanie własnych murów. ~ Moja mała, zołzowata Róża. ~ pomyślałem, patrząc jej głęboko w oczy. Bycie Alfą… nie, to nigdy nie był mój cel. Może miałem w sobie tę iskrę, to coś, co sprawiało, że inni chętnie podążali za moim głosem — ale od zawsze uczono mnie, że moje miejsce jest przy boku przywódcy, nie na jego tronie. Miałem być Betą. Cichym filarem, prawą łapą przywódcy, który kroczy obok niego i zna wszystkich członków watahy, ale nie staje w świetle. Wszystko było już ustalone. Tytuł miał być mój — choć wciąż nie wiem, czy bardziej zasłużony, czy narzucony. W końcu to ojciec podjął taką decyzję, a ja się nie sprzeciwiałem. Ale wtedy mój brat odebrał mi wszystko jednym rozkazem. Wygnanie. Wyrzucił mnie z własnej watahy, tak, jakby usuwał kamień spod łapy. I to za coś, czego nie zrobiłem.
A Liliana… ach, Liliana. W tamtym czasie była jak cień przy moim boku, niby gotowa, by zostać moją partnerką, by wejść ze mną w nowe życie. Chodziła za mną, uwodziła, aż w końcu dałem jej to, czego chciała. Tak zażekała, że było cudownie, tak pragnęła więcej. A potem, kiedy dym jeszcze unosił się po moim upadku, kiedy kurz nie zdążył opaść, ona już zmieniła obiekt zainteresowania. Mój brat, nowy Alfa — on stał się jej kolejną sceną, na której mogła grać swój anielski spektakl. Powinienem czuć ulgę. I w pewnym sensie czułem — bo być partnerem Liliany to jak trzymać w pysku płonącą pochodnię. Niejednokrotnie czułem, jak niewidzialny węzeł zaciska się ma mej szyi. Wiedziałem jednak jedno. Od chwili, gdy pierwszy raz spojrzała na mnie tym spojrzeniem łowcy: ona jeszcze się o mnie upomni. Wspomnienie wróciło z ostrym jak nóż błyskiem. Początek, gdy zdałem sobie sprawę z jej prawdziwej natury.
Było wtedy Święto Parzenia — czas, gdy wilki odnajdywały swoje przeznaczone, łączyły się w pary, ślubowały sobie wierność. Wataha pulsowała życiem. Śmiechy, pieśni, zapach świeżej krwi z ofiarnego posiłku mieszał się z aromatem jesieni. Chłodny wieczór otulał mnie jak cienki płaszcz, a nad głową migotały gwiazdy. Liście — złote, rdzawe — piętrzyły się na drogach i trzeszczały pod łapami.
Stałem z boku, nie szukając pary ani rytuału. Obserwowałem, jak inni patrzą na siebie spojrzeniami pełnymi czułości. I wtedy ona przyszła. Liliana. Niby przyjaciółka, a jednak utrapienie, którego pragnąłem się pozbyć. Zawsze pojawiała się tak cicho, że można by przysiąc, iż wyłoniła się z powietrza. Wszyscy widzieli delikatną, łagodną samicę o miękkim spojrzeniu, głosie jak melodia i ruchach tak lekkich, że wyglądały na utkane z mgły. „Anioł” — tak o niej mówili. Ale ja wiedziałem lepiej. Widziałem, jak pod tą cichą powierzchnią pełza żmija. Jak drobnym uśmiechem potrafiła wbić jad w czyjeś życie. Jak potrafiła szeptać czułe słówka, jednocześnie rozplątując komuś grunt pod łapami.
Nie spodziewałem się jednak, że to ja stanę się jej celem.
Stanęła za mną, a zanim się odwróciłem, poczułem jej palce na karku. Nie było w tym dotyku czułości — tylko władza, jakby sprawdzała, czy kark pęknie, jeśli mocniej przyciśnie. Pochyliła się do mojego ucha, a jej oddech był ciepły, słodkawy od miodowego trunku.
– Niektórzy sądzą, że to przeznaczenie wybiera za nas. - wyszeptała miękko, a każde słowo pieściło powietrze między nami. – Ale ja wiem lepiej… niektóre rzeczy po prostu należy sobie wziąć, zanim zrobi to ktoś inny. - zamilkła na moment, jakby delektowała się moją reakcją, po czym uniosła kącik ust w niewinnym uśmiechu. – Nie martw się, Atrehu… mówię o winie z dzisiejszej ofiary. - a jednak w jej oczach błyszczało coś, co nie miało nic wspólnego z winem. — Widzisz ich? - szepnęła, wskazując na parę zakochanych. — Każdy z nich myśli, że ma coś wyjątkowego. Ale ty… ty jesteś moim wyjątkowym. Moim. - Słowo „moim” wbiło się we mnie jak ząb w szyję. Powoli odsunąłem jej łapę. Wypuściłem powietrze z płuc, aż poczułem, jak klatka piersiowa lekko się zapada. Zrozumiałem, że jej „anioł” to tylko maska, a każde słowo to jednocześnie obietnica i ostrzeżenie. Nie trzeba było znać Liliany długo, żeby dostrzec ten jad — ale trzeba było znać ją dobrze, by wiedzieć, jak go unikać. Ja znałem. I wiedziałem też, że jeśli coś uzna za swoje, nie spocznie, póki tego nie dostanie.

"Wszystko, co czynimy, niech to się dzieje z miłości"

Lucy (Lusi)
Dla przyjaciół Zula, Lucia itp.

Płeć: Wadera | Wiek: 2 lata | Rasa: Wilk | Ranga: Albadio | 
Profesja: Rekrut | Poziom: 1 (0/3000 PD) |

Kontakt: [Gmail] wolfexan999@wp.pl  | [Wattpad] WolfExan |
Autor: Art należy do właściciela postaci.

„Upadam. Wstaję. Walczę dalej”

Bruno
Uno, mały B/duży B, Cień

Płeć: Basior | Wiek: 3 lata | Rasa: Wilk | Ranga: Albadio | 
Profesja: M. wojownik | Poziom: 1 (0/3000 PD) |

Kontakt: [Doggi] Asiulka  | [Howrse] Ashera | [Discord] 9black_wolf6 
Autor: WolfExan

piątek, 26 grudnia 2025

Od Kaberu ciąg dalszy Renesmee ~ "Tam, gdzie nieodkryty ląd"

Kaberu uśmiechnął się na dźwięk propozycji dalszego zwiedzania. Chciał nawet zaprosić waderę na wspólny posiłek do karczmy. Żeby lepiej ją poznać, zapytać o pewne szczegóły, którymi mogłaby się z nim podzielić. 
— A więc już planujesz nam więcej wspólnych przygód?
— Kto wie. - Odparła wadera, wymijając go zgrabnym krokiem. — Czas to okaże. Prawda? 
Zawiesiła na nim spojrzenie, dłużej niż wymagała tego sytuacja. Kaberu zaczął więc zastanawiać się, czy w ten sposób, Reneesme nie proponuje mu czegoś więcej, niż zwyczajną przechadzkę. Może będzie gotowa nawet wyprawić się z nim na jakąś misję, aby wspólnie zarobić kilka groszy. Była też przyjemną towarzyszką, nie tylko do rozmowy, ale kto wie? Może i nawet byłaby z niej wspaniała współpracowniczka. Wydawała się być rozumna, bystra, a na dodatek wiek nie odebrał jej urody, ani na jotę. Na twarzy nie widział ani jednej zmarszczki, była więc urodziwa i... co tu dużo gadać. Umiała wzbudzić wyobraźnię swoim stylem bycia. A on? Kaberu też nie narzekał na swoją urodę, był przystojny, podobał się waderom - widział to niejednokrotnie, ale udawał nieświadomego. 
— Prawda - rzucił w jej stronę spojrzenie pełne zawadiackiego uroku — jeżeli chcesz, razem możemy coś zdziałać. Weźmy się za coś, na przykład za to. 
To oznajmiwszy, chwycił za skrawek papieru, przypiętego do biuletynu, tablicy ogłoszeń, czy jak to tam zwano, po czym podał go waderze. 

"Poszukujemy ochotników, którzy pomogą odszukać mojego syna. Ostatni raz był widziany w pobliżu lasu Kirana, gdzie swój wolny czas spędzał na łowach i dotąd nie powrócił. Cała rodzina zamartwia się o jego zdrowie, podejrzewamy też, że zagrożone jest jego życie. Błagamy tych, dla których krzywda nie jest sprawą obojętną. Miejcie serce i pomóżcie nam w poszukiwaniach. Za pomoc i szczere chęci odpłacimy się wam po dwakroć. 
Amia - Zrozpaczona i pełna nadziei, matka zagubionego" 
 

środa, 10 grudnia 2025

Od Kaberu ciąg dalszy Asenath ~ "Coś się kończy, coś się zaczyna"

 Walka była ostra, ale też nieunikniona. Gdyby była ona nie była tego warta, Kaberu nie zawracał nią sobie głowy, ale za kogo wzięłaby go towarzysząca mu Asenath? Być może był to akt szaleństwa, ale nie po to w pocie czoła zaliczyli wieczorne polowanie, by teraz ot tak, oddać ofiarę bandzie gryfów. Jeden nawet dziabnął Kaberu w grzbiet, ból był nie tylko paraliżujący, wytrącał też z równowagi, dezorganizował go. Poczuł rozlewającą się po jego grzbiecie wilgoć, a metaliczny zapach juchy już rozniósł się po lesie, ale nadal trzymał się na łapach. Krzyki gryfów, przywodzące na myśl orle zawodzenie, zapewne słyszało każde stworzenie w promilu kilku kilometrów. Takiego zgiełku i tumultu jeszcze nigdy nie widział, ale na pewno nie da za wygraną tak łatwo. 
Kiedy gryf próbował atakować, leciała w niego salwa płomiennych ataków, szybkich i równie brutalnych, co orle szpony. Kaberu wziął głęboki wdech, z wnętrza jego gardła wystrzeliła płomienna lanca, która nie tyle zdekoncentrowała gryfa, co powaliła na ziemię, ze śladem spalenizny w okolicy piersi. Żył, ale miotał się na ziemi, oszołomiony i ogarnięty bólem, jakiego trudno sobie wyobrazić. Był jeszcze drugi - tamten był nieco starszy i doświadczony, a z nim nie poszło basiorowi tak łatwo. Celowo machał Kaberu skrzydłami przed oczami, aby go zdekoncentrować, rzucał kłody pod łapy, byleby nie dać szansy wilkowi do ataku. Wycelowane w szyję wilka rozczapierzone szpony mknęły ku niemu, jak pocisk wystrzelony z kuszy. Kolejna oślepiająca salwa złocisto bladego światła, które zakłóciło rytm ataku gryfa. Stwór, byleby ochronić wrażliwe oczy, usiłował zasłonić się skrzydłami, ale tym samym był zmuszony do zmiany toru lotu i wylądował na ziemi. Zarysował głęboko w ziemi ślady po pazurach, zamachał wściekle skrzydłami, wzburzając w powietrze drobinki pyłku, od którego chciało się kichać.

niedziela, 7 grudnia 2025

Od Naharysa ciąg dalszy Lumy ~ "Spisane w wodzie"

Rzadko się zdarzało - albo w ogóle - kiedy Alfa opuszczał swoje wygodne, wypełnione przepychem komnaty i zniżał się tak nisko, by nawet skarcić swoich podwładnych. Fatygował się całą tę drogę, tylko wyłącznie dla jednego słowa.
— Trening.
Salem nie był szanowanym wilkiem, ale nikt tej zniewagi nie odważyłby się okazać mu prosto w oczy - chyba, że jest się niezwykle szalonym albo niebywale głupim. Nie było sensu wdawać się z nim w polemikę czy dyskusję. Naharys spuścił nieco głowę, odwrócił od Alfy spojrzenie, by jeszcze raz przyjrzeć się twarzy nowo poznanej wadery. Nie widział w niej niczego, poza pogardliwą satysfakcją.
~ Poczekaj, ty mały skowronku, teraz Ci się upiekło, ale następnym razem nie będziesz mieć tyle szczęścia. 
Pomyślał z uśmiechem, kreślącym się mu pod lekko spuszczonym nosem i poszedł w ślad za Salemem. Tak się zagadał z tą małą znajdą, że stracił poczucie czasu - choć to bardziej wyglądało na utarczkę słowną niż zwyczajną konwersację. Nie dał się jej tak łatwo sprowokować. Słyszał w życiu już niejedno i takie pyskowanie nie robiło na nim wrażenia - ale jedynie, co utkwiło mu w pamięci to jej piękne, seledynowe oczy, które skrzyły się za każdym razem, gdy wadera ripostowała samca. Miała charakter, to musiał przyznać. Nie przestawał ją obserwować nawet, gdy zaskoczył ich Salem - zazwyczaj inne wilki kulą się, kurczą w oczach i odpuszczają. Wadera nie drgnęła ani na jotę. Stała nadal, z niezachwianą dumą, przyglądając się całej tej scenie z niewzruszoną miną. A Alfa nawet nie zwrócił na nią uwagi - chyba jej nie zauważył. Szczęściara. Chyba nigdy nie miała okazji widzieć Salem'a wkur***nego. On go widział, wręcz kipiał ze wściekłości. Udawał, że słuchał z uwagą jego uwag i kazań na temat tego, że nie miał najmniejszej ochoty za każdym razem łazić za wojownikami i przypominać im o ich świętych obowiązkach. Kontem oka, kiedy Salem był skupiony na prawieniu reprymendy, Naharys zerknął za siebie, aby spojrzeć na pyskatą waderę. Nie było jej tam. Zdołała rozpłynąć się tak szybko, jak się pojawiła - niech cieszy się swobodą póki może.
Trening, póki co, przebiegał dość spokojnym rytmem - być może to przez rutynę, wywołaną ciągłym wałkowaniem jednego i tego samego programu treningowego. Na nudę jednak nie można było narzekać. Naharys został na poligonie do późnego popołudnia, a potem luźnym truchtem przebiegł się w stronę Varony, by tam skorzystać z reszty wolności na dzisiaj. Pierwsza rzecz, jaka skusiła jego uwagę, to wyjątkowy tumult, wydobywający się z "Prymusa". Kierowany lekką ciekawością, wspiął się po imitujących stopnie schodów dębowych belkach, zajrzał do środka, a do jego nosa doszły mieszanina różnorodnych zapachów. Jedzenia, alkoholu i palonego drewna w palenisku. A potem usłyszał nawoływania niewielkiego tłumu, zgromadzonego wokół czyjegoś stołu, dźwięk zderzającego się szkła o szkło i zrozumiał już o co chodzi. Tłum z chwili na chwilę robił się coraz to liczniejszy, gęstszy, a przez to salę wypełniał coraz to większy harmider. Naharys jednak nie był widowiska ciekawy. Jego uwagę natomiast zwróciła pewna dobrze mu zapamiętana wadera, która podobnie, co on, obserwowała widowisko z nieskazitelnie czystą obojętnością. Pierwsze, na czym się skupił, to były dobrze mu znane seledynowe oczy.

środa, 26 listopada 2025

Od Renesmee ciąg dalszy Kaberu ~ "Tam gdzie nieodkryty ląd"

Renesmee zamrugała zaskoczona. Rumieniec gwałtownie wpłynął na jej pysk. Zachichotała, co było do niej mało ​podobne i spojrzała w bok.
— Dziękuję. Doceniam to. - odparła i przez krótką chwilę unikała spojrzenia Kaberu. Musiała się uspokoić. To był punkt pierwszy na jej liście działania.
— Mało samców ci to mówi? To błąd. - odparł Kaberu, widocznie zauważając jej zachowanie.
— Będąc szczera, nie miałam zbyt dużej styczności z samcami. Zazwyczaj to były tylko oficjalne spotkania.
— Naprawdę? Trudno w to uwierzyć, zwłaszcza że twoje życie jest już pełne wspomnień i doświadczeń.
— Subtelne podkreślenie, że jestem stara? - spytała Rene z rozbawionym uśmiechem.
— Broń cię pani bogini. Jakbym śmiała coś takiego sugerować? - odparł i teatralnie machnął łapą, co wywołało kolejną falę śmiechu samicy.
— Dobrze, niech będzie, że ci wierzę. Nie licząc jednego samca, nie miałam w swoim życiu nikogo bliskiego, póki nie pojawił się Niko.
— Niko? - spytał zaciekawiony samiec.
— Tak, mój syn. - odparła Renesmee z dumnym uśmiechem.
— Więc tym samcem był pewnie ojciec Niko? - spytał Kaberu z uśmiechem.
— Nie, nie znam ojca Niko. Nie jestem jego biologiczną matką. Przejęłam nad nim opiekę, po starej wilczycy. Od tamtej pory Niko był moim priorytetem.
— Rozumiem. Więc ten samiec kim był, jeśli mogę spytać?
— Cóż, w starej watasze byłam Alfą, ale uznałam, że muszę trochę zaczerpnąć życia być ciągłych obowiązków nad głową. Nie zrozum mnie źle, nie uciekłam od odpowiedzialności. Zapewniłam watasze dobrego zastępcę na moje miejsce. Zanim to się stało, na krótką chwilę do naszej watahy zawitał samiec o sierści niczym śnieg. Można by powiedzieć, że oczarował mnie wyglądem i zachowaniem dżentelmena. Z czasem to, co między nami wydawało się rodzić, obumarło, zanim wydało jakikolwiek plon. Fakt, jestem ciężka do "oswojenia", ale wtedy, gdy moje mury zaczęły opadać, on znikł. - wyznała Renesmee.
— Och, przykro mi. - odparł Kaberu, a samica zauważyła szczerość w jego spojrzeniu. Wymusiła lekko uśmiech i po chwili znów odzyskała pewność siebie.
— Doświadczenia, jak to wcześniej ująłeś. - odparła, a Kaberu uśmiechnął się łagodnie.
— Ale jeszcze dużo przed tobą. Jeśli nie znajdzie się dobra partia, zawsze dla rozluźnienia możesz skorzystać z oferty alfy. - zażartowała samiec, czym rozbawił Rene. Wydobyła z siebie krótki chichot i pokręciła rozbawiona głową.

czwartek, 6 listopada 2025

Od Itami ciąg dalszy Atrehu | Reiko ~ "Tam, gdzie szumi wiatr"

Było ich mnóstwo, wszyscy krzyczeli, ale Itami była zbyt przerażona, by cokolwiek do niej dotarło. Wtulała się jedynie w bok Atrehu i marzyła, by uciec stamtąd, jak najprędzej. Ominąć ich, choćby nawet okrężną ulicą i nie obchodziło ją, że dojście do domu zajęłoby im dłużej czasu. Byleby nie musieć słuchać tych krzyków, obelg i tej nienawiści. A Atrehu tylko stał, napięty jak gotowy do skoku gepard i obserwował to wszystko z zimnym spokojem - zupełnie, jakby był obserwatorem tej sceny, a nie jej uczestnikiem.
— Atrehu, proszę, chodźmy stąd... - szeptała do rudego samca, szturchając go w bok czubkiem nosa. On nadal stał niewzruszony.
A potem pojawiła się ona - Reiko. Wadera, którą poznali wcześniej na targowisku. Była tak samo, jak Atrehu, niewzruszona tą sceną. Itami była nawet pewna, że przyłączy się do zgromadzenia i na równi z resztą, będzie wykrzykiwać te bezsensowne hasła o czystości krwi. Jednakże nie. O dziwo twardo stała obok nich i sypała sarkastyczne obelgi w stronę agresorów. Oberwała za to równie mocno, co oni, ale Reiko nie przejmowała się tym... ani trochę. W oczach Itami ta wadera zyskała nowy szacunek i nie mogła wyjść z podziwu nad jej odwagą. Po co jednak narażała się na społeczny ostracyzm dla pary obcych jej hybryd? Mało kto zdecydowałby się na taki ruch - wbrew wyraźnym statystykom, które mówiły, że co trzeci magiczny wilk miał w rodzinie mieszańca... ale cóż? "Nie moja rodzina, nie moja sprawa" tak zazwyczaj tłumaczą sobie Ci, obojętni na krzywdę innych.
— Atrehu, chodźmy stąd... - powtórzyła jeszcze ciszej. Nie rozumiała całej tej bierności ukochanego - przecież mogli odwrócić się i odejść, kompletnie ignorując to całe zajście. Samiec nawet nie zareagował na jej rozpaczliwe błaganie. Na co on czekał? Aż krzyki i obelgi zamienią się w coś gorszego. W coś, o czym w ogóle bała się pomyśleć. Jeszcze tego by brakowało, żeby ta wściekła tłuszcza zlinczowała ich na środku ulicy. Atrehu jednak nie dawał za wygraną - stał twardo i nieugięcie przyglądał się wyjącym wilkom. W pewnym momencie, jak gdyby tego było mało, całość sceny dopełniła obecność kogoś, kto wzbudzał u Itami niemalże paniczny strach. Na jego widok, krzyki ustały tak nagle, jak się pojawiły, a ślepia zgromadzonych wilków zalśniły w mroku zachwyconymi płomykami, gdy tylko spostrzegły opasłą, wysoką i masywną sylwetkę Alfy Salema. Itami wydawało się, że serce niebawem podjedzie jej do gardła i nie wiedząc kiedy, skuliła się jeszcze bardziej i gdyby mogła, zniknęłaby w futrze Atrehu. Przesunęła się w tył, byleby zniknąć Alfie z oczu, które lśniły złowieszczo, ponuro, kpiąco. Wystarczył jeden jego rozkaz, rzucony od niechcenia, a zgromadzona tłuszcza rozgromiła się, niczym pył na silnym wietrze, skamląc i podziwiając opasłą osobistość Alfy. Po tym, jak ją i Atrehu zgromił jadowitym spojrzeniem, uwagę przeniósł na Reiko, a jego wyraz zmienił się diametralnie. Zaczęło się od komplementów, a skończyło na propozycji wspólnego towarzystwa Alfy w jego pałacowych komnatach, na co Reiko skwitowała go pogardliwie...