Nowa zakładka "Kącik Zadań" dla lubiących wyzwania pojawiła się w Off-top! | Zmiana pory roku. Lato zbliża się wielkimi krokami. | ADMINISTACJA PROSI W MIARĘ MOŻLIWOŚCI O PRZYŚPIESZENIU AKCJI WĄTKÓW DO OBECNEJ PORY ROKU LUB DODANIE DO OPOWIADAŃ INFORMACJI, W JAKIM CZASIE DZIEJE SIĘ AKCJA WĄTKU | THE KINGDOM OF BLOOD zaprasza do siebie! | Miła atmosfera, kochani członkowie. | Poszukujemy nowych członków! | Chętnie zawieramy sojusze! Wystarczy zostawić komentarz w zakładce: Współpraca | Jeśli masz ochotę popisać, nie krępuj się! | Zapraszamy na Discroda, gdzie jest nas dużo więcej! | Nie musisz dołączać do bloga, wystarczy nam Twoja obecność na serwerze!

niedziela, 4 stycznia 2026

Od Atrehu ciąg dalszy Itami ~ "Druga strona róży"

Odwróciłem wzrok, bo patrzenie jej prosto w oczy w tej chwili było jak rozbrajanie własnych murów. ~ Moja mała, zołzowata Róża. ~ pomyślałem, patrząc jej głęboko w oczy. Bycie Alfą… nie, to nigdy nie był mój cel. Może miałem w sobie tę iskrę, to coś, co sprawiało, że inni chętnie podążali za moim głosem — ale od zawsze uczono mnie, że moje miejsce jest przy boku przywódcy, nie na jego tronie. Miałem być Betą. Cichym filarem, prawą łapą przywódcy, który kroczy obok niego i zna wszystkich członków watahy, ale nie staje w świetle. Wszystko było już ustalone. Tytuł miał być mój — choć wciąż nie wiem, czy bardziej zasłużony, czy narzucony. W końcu to ojciec podjął taką decyzję, a ja się nie sprzeciwiałem. Ale wtedy mój brat odebrał mi wszystko jednym rozkazem. Wygnanie. Wyrzucił mnie z własnej watahy, tak, jakby usuwał kamień spod łapy. I to za coś, czego nie zrobiłem.
A Liliana… ach, Liliana. W tamtym czasie była jak cień przy moim boku, niby gotowa, by zostać moją partnerką, by wejść ze mną w nowe życie. Chodziła za mną, uwodziła, aż w końcu dałem jej to, czego chciała. Tak zażekała, że było cudownie, tak pragnęła więcej. A potem, kiedy dym jeszcze unosił się po moim upadku, kiedy kurz nie zdążył opaść, ona już zmieniła obiekt zainteresowania. Mój brat, nowy Alfa — on stał się jej kolejną sceną, na której mogła grać swój anielski spektakl. Powinienem czuć ulgę. I w pewnym sensie czułem — bo być partnerem Liliany to jak trzymać w pysku płonącą pochodnię. Niejednokrotnie czułem, jak niewidzialny węzeł zaciska się ma mej szyi. Wiedziałem jednak jedno. Od chwili, gdy pierwszy raz spojrzała na mnie tym spojrzeniem łowcy: ona jeszcze się o mnie upomni. Wspomnienie wróciło z ostrym jak nóż błyskiem. Początek, gdy zdałem sobie sprawę z jej prawdziwej natury.
Było wtedy Święto Parzenia — czas, gdy wilki odnajdywały swoje przeznaczone, łączyły się w pary, ślubowały sobie wierność. Wataha pulsowała życiem. Śmiechy, pieśni, zapach świeżej krwi z ofiarnego posiłku mieszał się z aromatem jesieni. Chłodny wieczór otulał mnie jak cienki płaszcz, a nad głową migotały gwiazdy. Liście — złote, rdzawe — piętrzyły się na drogach i trzeszczały pod łapami.
Stałem z boku, nie szukając pary ani rytuału. Obserwowałem, jak inni patrzą na siebie spojrzeniami pełnymi czułości. I wtedy ona przyszła. Liliana. Niby przyjaciółka, a jednak utrapienie, którego pragnąłem się pozbyć. Zawsze pojawiała się tak cicho, że można by przysiąc, iż wyłoniła się z powietrza. Wszyscy widzieli delikatną, łagodną samicę o miękkim spojrzeniu, głosie jak melodia i ruchach tak lekkich, że wyglądały na utkane z mgły. „Anioł” — tak o niej mówili. Ale ja wiedziałem lepiej. Widziałem, jak pod tą cichą powierzchnią pełza żmija. Jak drobnym uśmiechem potrafiła wbić jad w czyjeś życie. Jak potrafiła szeptać czułe słówka, jednocześnie rozplątując komuś grunt pod łapami.
Nie spodziewałem się jednak, że to ja stanę się jej celem.
Stanęła za mną, a zanim się odwróciłem, poczułem jej palce na karku. Nie było w tym dotyku czułości — tylko władza, jakby sprawdzała, czy kark pęknie, jeśli mocniej przyciśnie. Pochyliła się do mojego ucha, a jej oddech był ciepły, słodkawy od miodowego trunku.
– Niektórzy sądzą, że to przeznaczenie wybiera za nas. - wyszeptała miękko, a każde słowo pieściło powietrze między nami. – Ale ja wiem lepiej… niektóre rzeczy po prostu należy sobie wziąć, zanim zrobi to ktoś inny. - zamilkła na moment, jakby delektowała się moją reakcją, po czym uniosła kącik ust w niewinnym uśmiechu. – Nie martw się, Atrehu… mówię o winie z dzisiejszej ofiary. - a jednak w jej oczach błyszczało coś, co nie miało nic wspólnego z winem. — Widzisz ich? - szepnęła, wskazując na parę zakochanych. — Każdy z nich myśli, że ma coś wyjątkowego. Ale ty… ty jesteś moim wyjątkowym. Moim. - Słowo „moim” wbiło się we mnie jak ząb w szyję. Powoli odsunąłem jej łapę. Wypuściłem powietrze z płuc, aż poczułem, jak klatka piersiowa lekko się zapada. Zrozumiałem, że jej „anioł” to tylko maska, a każde słowo to jednocześnie obietnica i ostrzeżenie. Nie trzeba było znać Liliany długo, żeby dostrzec ten jad — ale trzeba było znać ją dobrze, by wiedzieć, jak go unikać. Ja znałem. I wiedziałem też, że jeśli coś uzna za swoje, nie spocznie, póki tego nie dostanie.
Teraz, patrząc na Itami, miałem wrażenie, że te same oczy mogą gdzieś tam, w mroku, znów na mnie patrzeć. Nawet po tym, jak pogoniłem ją i jej świtę, byłem pewien, że wróci. Liliana nigdy nie atakuje wprost. Woli podgryzać, zatruwać powoli, sprawiać, że ofiara sama zaczyna się chwiać. A ja? Ja czułem w kościach, że właśnie zaczęła krążyć. Nie mogłem pozwolić, by ta myśl utkwiła mi w głowie na dłużej. Liliana była jak rzep — im mocniej próbujesz ją oderwać, tym więcej zostaje po niej śladów. Spróbowała już zmanipulować Itami, więc z pewnością teraz siedzi gdzieś w cieniu, plotąc kolejną sieć. Znałem ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że następny ruch nie będzie wprost. Nie rzuci się z zębami na gardło. Najpierw zacznie szarpać za nici. Ale… dziś nie chciałem o tym myśleć. Gen Alfy w mojej krwi nic mi tu nie pomoże. Mogę mieć „władzę” nad wilkami z dawnej watahy, ale to tylko tytuł, który w niczym mnie nie chroni. Bycie Alfą? Zbyt wiele obowiązków. Zbyt wiele oczekiwań. Nie dla mnie. Westchnąłem, odpychając od siebie mroczne obrazy, jakby były zwykłymi liśćmi na wietrze. Spojrzałem na Itami i uśmiechnąłem się krzywo.
— Wiesz co… zostawmy to. - machnąłem łapą, jakby całe to wspomnienie było bez znaczenia. — Chodź, zjemy coś. - Itami rozejrzała się po kuchni i podeszła do mojej prowizorycznej lodówki. Otworzyła drzwiczki, zajrzała do środka… i uniosła brew w sposób, który aż krzyczał „serio?”.
— Atrehu… - zaczęła powoli, jakby próbowała ubrać słowa w miękką formę. — Ja wiem, że lubisz wyzwania, ale ugotowanie obiadu z połowy cebuli, dwóch jajek i czegoś, co może kiedyś było mięsem… to już zakrawa o cud kulinarny. - parsknąłem śmiechem, kręcąc głową. Miała rację.
— Dałoby się coś z tego zrobić.
— Dałoby się.... - przytaknęła, zamykając lodówkę z teatralnym westchnieniem. — Ale czy chciałbyś to zjeść? Bo ja nie. - uśmiechnęła się pod nosem, a w jej oczach błysnęła iskra. — Myślę, że to znak od losu, żebyśmy ruszyli do miasta. Varona przecież stoi otworem. Uzupełnimy zapasy, a po drodze może znajdziemy coś ciekawego. - zrobiłem zamyśloną minę, jakbym potrzebował czasu na namysł, ale prawda była taka, że dawno nie byłem w Varonie i perspektywa spaceru po jej ulicach brzmiała kusząco.
— No dobrze… Miasto Varona, nadchodzimy...
< Itami? >
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1040
Ilość zdobytych PD: 520 PD + 100 PD  + 30% ~ 156 PD
Łącznie: 776 PD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz