Prychnęłam, przewracając oczy, widząc ten parszywy uśmieszek na jego jeszcze bardziej parszywym pyszczysku. Zakichany amant od siedmiu boleści się znalazł.
— Jeśli ta żyleeeta - celowo przeciągnęłam słowo - jest tak samo ostra jak twój intelekt, zdecydowanie nie mam się czym martwić - również wypiłam kolejny kieliszek. Czułam, jak trunek wywołuje pieczenie w przełyku, które bardzo szybko zmieniło się w przyjemne ciepło rozlewające się po moim organizmie. Wiedziałam doskonale, co to zwiastuje. Jednak nie będę gorsza od zadufanego w sobie Lalusia z tym jego durnym uśmiechem i drgającym okiem, jakby miał tiki nerwowe lub jakiś niedobór.
— Doprawdy rozczulają mnie takie wyszczekane pudelki, jak ty - niezadowolona zastrzygłam uszami i poczułam, jak się napinają. Nazwał mnie pudlem. Nazwał. Mnie. Cholernym. Pudlem.
— Lepiej być wyszczekanym pudlem niż bezrozumnym osłem - syknęłam mimochodem lustrując stolik skupiając wzrok na butelce między nami. Bez słowa wstałam i machnęłam ogonem.
— Obraziłaś się? - zapytał gdy odchodziłam, zatrzymałam się, słysząc jego pytanie, widziałam kątem oka, jak rozłożył się wygodnie na krześle. Zupełnie jak pan i władca czekający aż służba poda mu flaszkę pod pysk.
— Nie - parsknęłam, nie tak łatwo mnie urazić - z wielką chęcią piłabym cały wieczór na twój koszt, ale obawiam się, że odbije mi się to w przyszłości paskudną czkawką - przecisnęłam się przez tłum, zbitą masę podchmielonych, a niektórych nawet zbyt zalanych, by nadal stać na swoich czterech łapach wilków. I doskonale wiedziałam, że i ja wkrótce do nich niechybnie dołączę, to będzie z pewnością piękny wieczór i jeszcze piękniejszy jutrzejszy poranek. Poranek o zapachu bełtu i bolącej głowy. Jeden z wilków, ten z gatunku za bardzo zmęczonych, wpadł prosto pod moje łapy, by przetoczyć się dalej, a zaraz z nim na ziemię upadła niewielka sakiewka. Pełna I jakże pięknie brzęcząca sakiewka. Uśmiechnęłam się na myśl o interesującej mnie zawartości, zwinnie zgarnęłam ją, upewniając się, że nikt tego nie widział i znowu zlałam się z tłumem. Z jeszcze większym uśmieszkiem podeszłam do lady baru. Tak, to zdecydowanie będzie bardzo przyjemny, choć niekoniecznie długi wieczór.
Uśmiechnęłam się do barmana, wzięłam zamówienie i w drodze powrotnej podrzuciłam jeszcze jakiemuś kolesiowi znalezioną sakiewkę, nie mogłam dopuścić, by ktoś mógł znaleźć przy mnie dowody zbrodni.
— Nie zamierzam ci być niczego winna - ze stukotem położyłam na stole mocno zmrożoną butelkę czystej ufundowanej przez pewnego jegomościa, który był zbyt pijany, by zauważyć, że zginęła mu sakiewka z jakże cenną zawartością. Jego strata, a mój, właściwie w obecnym układzie, nasz zysk.
— A kto tu mówił o byciu komuś winnym? - dobrze znam takich jak on, teraz udaje, że stawia, a za chwilę wyciągnie to w najmniej oczekiwanym momencie i zażąda czegoś w zamian. Przynajmniej ja bym dokładnie tak zrobiła. Jeśli da się coś zyskać czyimś kosztem, naszym świętym obowiązkiem jest wyciągnąć z tego ile się da.
— W tym świecie nie ma nic za darmo. I oboje wiemy, że instytucją charytatywną nie jesteś - prychnęłam i przesunęłam butelkę w jego stronę, by rozlał do pustych kieliszków. Sama nie będę sobie polewać, jak już bawi się w dżentelmena, to niech wypełnia swoje psie obowiązki prawidłowo.
— W bliżej nieokreślonej przyszłości będziesz coś chciał w zamian - odczekałam, aż poleje i w momencie, gdy ostatnia kropla wpadła do kryształu, wypiłam wszystko duszkiem. Już dawno przestałam liczyć, po raz który tego wieczoru poczułam to rozlewające się po ciele ciepełko. Może i powinnam, ale kto by się przejmował? Z pewnością nie ja, w każdym razie teraźniejsza ja. To są problemy jutrzejszej Lumy, a nie tej obecnej.
— A choćby nawet gdybym chciał, niewiele będzie cię to kosztować - po raz kolejny tego wieczoru parsknęłam śmiechem. Alkohol coraz bardziej mnie rozluźniał, mój i tak dobry humor poprawiał się z każdą chwilą, jednak nie na tyle, by zatracić zdolność logicznego myślenia. To jeszcze nie był ten czas.
— Nie łudź się. Liczba wader które lecą na twój wątpliwy urok, nadal jest równa zeru - tym razem to on się zaśmiał. Nie wiem czy wbita szpila dotarła do jego ptasiego móżdżku, czy wypity alkohol znieczulił go na tyle, by kompletnie jej nie zrozumiał.
— Każda potwora znajdzie swego amatora - zastrzygłam odruchowo uchem. Sama nie wiedziałam czy to z powodu jego śmiechu, który jakoś tak dziwnie dźwięczał w mojej głowie, czy to przez stukanie i nieprzyjemne haratanie pazurami o blat stolika między nami.
— W takim razie wypijmy zdrowie za twoją amatorkę - uniosłam kielonek w górę w ramach toastu - przyda jej się - mruknęłam cicho pod nosem, a basior zrobił dokładnie to samo, co ja i uśmiechnął się szelmowsko
— Za ciebie. Właśnie na taką patrzę.
*
Rano obudziłam się w zaskakująco dobrym stanie. Zero rozsadzającego bólu głowy, zawrotów przyprawiających o mdłości nawet bez ruchu. Żadnej suchości w pyszczku połączonej z posmakiem podeszwy, jakbym szorowała językiem po leśnej ściółce. Zaskakująco dobry stan, wręcz podejrzanie dobry. Na oślep wymacałam magiczny kamyk wskazujący porę dnia, leżący na niewielkim pieńku obok mojego łóżka i przyciągnęłam go do siebie. Dopiero, gdy przymknęłam jedno oko i zebrałam w sobie całe skupienie, niewypłukane ze mnie z pomocą napojów wyskokowych wysokoprocentowych, a urojone znaczki przestały zakreślać niezidentyfikowane szlaczki w powietrzu, ledwie byłam w stanie rozróżnić kolor kamyka. Światełko, jakże raniące bezlitośnie moje biedne oczka sugerowało, że zbliżało się południe, ale kto go tam wie. Światło to światło, w moim obecnym stanie, każde drażniło dokładnie tak samo.
Opadłam ponownie na łóżko. Wlewany hektolitrami we mnie alkohol poprzedniego wieczoru, zdecydowanie nie opuścił mojego ciała. Będąc już, oczywiście nie tak, jak wcześniej, ale nadal jednak pijaną miałam świadomość, że są dwie opcje. Albo w niedalekiej przyszłości czeka mnie masakra, cierpienie, którego Dante Alighieri nie byłby w stanie opisać w żadnym z dziewięciu piekielnych kręgów, a czterech jeźdźców apokalipsy nie urządziłoby takiego unicestwienia podczas sądnego dnia ostatniego. Albo mogłam nieco odsunąć w czasie męki pańskie i sięgnąć po środki wydłużające stan upojenia, jednocześnie odwlekając jakże nieprzyjemny stan po wytrzeźwieniu. Jednak zanim udało mi się dojść do jakiejkolwiek sensownej konkluzji, objęcia snu porwały mnie na dobre.
Gdy obudziłam się po raz drugi, nie byłam pewna, jaki jest dzień. Za oknem panowała ciemność, a głowę rozsadzały mi od środka setki granatników. Czułam się, jakby przetoczył się po mnie pień potężnego dębu, przez otępiałe ciało od nagłej utraty procentów we krwi, przechodziły dreszcze, a zbliżająca się do pyszczka gula sugerowała, by jak najszybciej udać się do miejsca, gdzie dekoracja w postaci bełtu nie będzie przeszkadzać, aż tak bardzo. Jednak zamiast tego złapałam leżący obok posłania kosz na śmieci, nawet przez moment nie zastanawiając się, dlaczego tam stał. Cała, przynajmniej miałam taką szczerą nadzieję, zawartość mojego żołądka wylądowała w nim. Zwrot był na tyle gwałtowny, że nie zdziwiłabym się, gdyby na dnie razem z wymiocinami leżały moje płuca, jeśli tylko byłoby to możliwe z czysto biologicznego punktu widzenia. Odłożyłam pojemnik z powrotem na podłogę, pilnując, by nie odsunąć go zbyt daleko. Nigdy nie wiadomo kiedy może się jeszcze przydać. Przekulałam się na bok, odsuwając się od skopanej na drugą stronę łóżka dość sporej pościeli, a mój wzrok padł na kubek na szafce nocnej. Chwyciłam go niepewnie i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu był pełny. Pełny kryształowo czystej życiodajnej wody, która smakowała jak napój bogów, jakby będąc rosą, była zbierana przez najdelikatniejsze wróżki. Zmrużyłam oczy i jęknęłam, gdy zakręciło mi się w głowie. Werdykt był jeden. Ostro przeholowałam. Dawno nie zabalowałam na tyle, by zakończyć tak pięknie zaczynający się wieczór, pięknym, ale zgonem. Nawet nie miałam przy sobie tyle pieniędzy, by móc aż tak popłynąć. A to, że obudziłam się we własnym łóżku, nie dziwiło mnie jakoś. W końcu moja pijacka nawigacja uruchamia się, gdy organizm tylko wywącha jakiekolwiek ślady alkoholu. Ale co tak właściwie się wczoraj stało? Nie, żebym mogła to pamiętać, ale szczerze wątpiłam, żebym zapobiegawczo zostawiła sobie wodę na rano. Biorąc pod uwagę, w jak opłakanym stanie aktualnie byłam, nie było najmniejszej możliwości, bym w nocy utrzymała w łapie kubek, na dodatek pełny. Jedyne, co zapewne mogłam zrobić, to paść bezwładnie na poduszkę.
Mimo, że w mojej głowie nie było miejsca na coś więcej, niż rozwalający ból i modły o litości, uruchomiłam proces myślowy i coś mi tu nie grało. Nawet bardzo. Kosz na śmieci, który magicznie przemieścił się z przeciwległego kąta na podłogę zaraz obok posłania na wysokości mojej pyszczka. No i ta nieszczęsna szklanka z wodą. Były to delikatne symptomy, ale nie nazwałabym tego niepokojem, tylko bardziej przeczuciem, mówiącym, że ktoś tu był. I czy przez ten cały czas, mimo bezwzględnego kaca, byłam na tyle nieobecna duchem, żebym nie zauważyła czyjejś obecności? Nie, to było niemożliwe. Moje zmysły, a zwłaszcza słuch i węch nie były tyle otępiałe, żebym nie zarejestrowała, że ktoś mi towarzyszy. Nie… To nie było możliwe. Nawet jeśli mój węch był przytępiony od kataru, który zawsze pojawia się po alkoholizacji, ale też od smrodu wymiocin, połączonym z oparami procentów, towarzyszącemu mi w tej erze przedkąpielowej. Co ciekawe przez to wszystko przebijał się jakiś niezidentyfikowany zapach. Ale moja głowa była rozrywana z bólu przez najmniejszy szelest. Musiałabym zauważyć, czy raczej usłyszeć czyjąś obecność, tak długo jak nie był to trup. No i nie zdarzało mi się po pijaku przyprowadzać nikogo do siebie na nocowanie. Padłam z powrotem na posłanie. Wytężenie ostatnich szarych komórek, które nie zostały wypalone poprzedniego wieczoru, nie było łatwym zadaniem. Na dodatek nie mogłam skupić się przez ten cholerny zapach, który ciągle się tu unosił, znałam go, tylko skąd? Przeczesywałam w głowie wszystkie dostępne mi aktualnie wspomnienia, które jakimś cudem kolebały się w mojej głowie. I nagle jakby ktoś pstryknął, a mnie trzasnął piorun. Połatałam urywki scen. Nie, to nie mogło być to. Obróciłam się do ściany, gdzie leżało wciśnięte w kąt okrycie, a dokładniej chrapiąca i posiadająca biały ogon kołdra.
— Nie, nie, nie - w akcie desperacji zerwałam się, co przyniosło opłakane skutki. To było niemożliwe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz