Nowa zakładka "Kącik Zadań" dla lubiących wyzwania pojawiła się w Off-top! | Zmiana pory roku. Lato zbliża się wielkimi krokami. | ADMINISTACJA PROSI W MIARĘ MOŻLIWOŚCI O PRZYŚPIESZENIU AKCJI WĄTKÓW DO OBECNEJ PORY ROKU LUB DODANIE DO OPOWIADAŃ INFORMACJI, W JAKIM CZASIE DZIEJE SIĘ AKCJA WĄTKU | THE KINGDOM OF BLOOD zaprasza do siebie! | Miła atmosfera, kochani członkowie. | Poszukujemy nowych członków! | Chętnie zawieramy sojusze! Wystarczy zostawić komentarz w zakładce: Współpraca | Jeśli masz ochotę popisać, nie krępuj się! | Zapraszamy na Discroda, gdzie jest nas dużo więcej! | Nie musisz dołączać do bloga, wystarczy nam Twoja obecność na serwerze!

piątek, 20 marca 2026

Od Lucy ciąg dalszy Bruno ~ "Pod jednym księżycem"

 — Dobry wieczór, Lucy. Wybacz, że budzę cię o tej godzinie, ale noc jest taka piękna. Zechcesz pójść na spacer?
W pierwszej chwili nie mogłam skojarzyć samca, który był ciemny, jak ta noc. Jego futro zlewało się ze wszechogarniającą ciemnością. Jedynie, co spostrzegłam, to jego lśniące w mroku złote ślepia. 
— Czy my się znamy? - zapytałam z lekkim zaskoczeniem, opierając łapy o kamienny parapet. 
— To ja, Bruno, nie pamiętasz? Dałaś mi się napić wody. 
— Ah, no tak, rzeczywiście, teraz pamiętam. Nie pamiętam jednak momentu, w którym Ci się przedstawiałam. Skąd wiesz, jak się nazywam? 
— Cóż - samiec przysiadł na zadzie i z zainteresowaniem przekrzywił nieco głowę — powiedzmy, że co nieco popytałem o ciebie. Powiem wprost, jesteś bardzo interesującą samicą i nie mogłem ot tak zapomnieć o naszym pierwszym spotkaniu. To jak? Nie daj się prosić, zrobimy krótki wypad na małe piwo, albo dwa, co ty na to? 
— Tylko ja nie lubię piwa - oznajmiłam, zastanawiając się, jak spławić natręta. Miałam powód do niepokoju. Basior drugi raz widział mnie w życiu, a proponował mi wyskok do baru, jak gdybym była jego wieloletnią przyjaciółką. Choć z drugiej strony samiec nie wydawał się mi... bo ja wiem? Groźnie wyglądał, owszem, ale czułam, że przy nim nic mi nie groziło. Po chwili pomyślałam, że nie było powodu, bym miała go spławiać - to spotkanie mogło nawet łączyć się z czymś ciekawym. Czymś, co urozmaici ten młody wieczór.  
— Jeśli nie lubisz piwa, może być wino albo... coś innego? Coś mocniejszego? 
— Wino może być... tylko, że nie mam czym zapłacić, a muszę oszczędzać. 
— O pieniądze martwić się nie musisz. Ja stawiam. To jak? 
Przez chwilę patrzyłam samcowi w oczy, jak gdybym chciała zobaczyć w nich zwątpienie, ale nic takiego nie dostrzegłam. Zamiast tego, złote tęczówki skrzyły się zawadiackimi iskrami, a wilk, który je posiadał, był bardzo pewny siebie... i jak na razie nic nie zapowiadało, aby dawał za wygraną. Jedynie, co mnie zniechęcało do nocnej balangi był fakt, miałam za sobą trudny dzień. Zmęczenie wylewało się ze mnie strumieniami i wolałabym zostać sama w czterech ścianach, z dobrą książką obok. Z drugiej strony, od jakiegoś czasu brakowało mi bliskości drugiego wilka; pragnęłam się komuś wygadać, podzielić się z kimś przemyśleniami, po prostu nie być samą.  
— No dobrze, daj mi proszę chwilkę. 
Odsunęłam się od okna i zbliżyłam do lustra, ustawionego nad wygaszonym kominkiem, ozdobnym w jelenie poroża i futra. Poprawiłam opadającą na lewe oko grzywę - myślałam czasami, aby ją skrócić- pokropiłam się tanimi perfumami z lawendy i bzu - z powodu braku pieniędzy, musiałam kilka gwizdnąć handlarzowi sprzed nosa. A to, że nawet tego nie zauważył, to już jego problem. Co jak co, ale wadera powinna jakoś się prezentować przed spotkaniem z samcami, zwłaszcza z Brunem. Nie powiem, samiec miał w sobie coś z łobuza i szarmanckiego zawadiaki. Tylko dlatego postanowiłam dać mu szansę i jakoś się zabawić tej nocy. Na myśl o chwilach, jakich mogłabym z nim spędzić, napawały mnie podnieceniem, choć powinnam zachować choć odrobinę powściągliwości - w ogóle go nie znałam, więc niech kawaler nie spodziewa się igraszek, choć... tylko sama bogini wie, jak bardzo jest przystojny. Nawet jego blizny ani na jotę nie tłumiły jego urody... wysoki, przystojny i w pewien sposób dziki... 
Kiedy maskarą poprawiłam rzęsy, moje spojrzenie było bardzo wyraziste - dla sprawdzenia efektu, zatrzepotałam nimi lekko kilka razy, jak motyl skrzydłami. Maskarę też gwizdnęłam ze stoiska niepostrzeżenie - trudno. Mogłam chodzić głodna i spragniona, ale wadera powinna jakoś się zaprezentować. 
— Lucy - zawołał z dołu samiec - ja tu więdnę... 
— Czekajcie, a będzie wam dane - odparłam zadowolona z efektu. 

*
Bruno już czekał pod jednym z drzew, okalających tę jakże spokojną okolicę. W cieniu wyglądał, jak drapieżnik, gotowy rzucić się na ofiarę - choć w tym przypadku nie miałam pojęcia, czy siebie mogłam zaliczyć do jego ofiar... wstał, podszedł do mnie - jego ruchy wbrew pozorom masywnej i dość rozbudowanej posturze, były pełne gracji i pewności. Ja, jedynie co mogłam, to zanurzyć się w jego coraz bardziej rosnącym cieniu, padającym na mnie gęstą szatą. 
— No witaj, piękna - wymruczał, jak zadowolony kocur. 
— Na początek coś sobie ustalmy - wypaliłam, siadając na zadzie w odpowiedniej odległości — na tym spotkaniu możemy się napić, pogadać, ewentualnie pożartować. 
W trakcie mojego wywodu, samiec ani na chwilę nie stracił swojej pewności siebie - jak gdyby był pewien wygranej, która przyniesie mu bliżej nieznaną nagrodę. 
— O żadnych igraszkach, macankach i innych sprawach natury cielesnej mowy nie ma. Dlatego nie licz, że jeśli mnie upijesz albo coś w tym stylu, to pójdę z tobą w krzaki. 
— Maleńka, nawet mi to przez myśl nie przeszło. Idziemy razem, by dobrze się zabawić. Nie bądź taka spięta, nie martw się, będę trzymać łapy przy sobie, jeśli sobie tego nie życzysz. Choć już przez samo wyjście ze mną zgodziłaś się na coś... 
— Na co? - zapytałam nieco zaintrygowana. 
— Że będziesz blisko mnie. Niech każdy widzi, że jesteś ze mną i na tę noc, towarzysz tylko mi. 
— Uu, jaka stanowczość. Jednakże nie myl mnie z panienką do towarzystwa. No dobrze, będziemy tu tak siedzieć, czy zabierzesz mnie w końcu na tę niezapomnianą zabawę... 
—... jeszcze w ciepłej wodzie kąpana, dobrze, dobrze, no to chodźmy. Opowiesz coś o sobie w drodze? 
— Co chciałbyś wiedzieć? - zapytałam, zastanawiając się nad tym, co mogłabym zdradzić samcowi o sobie. Nie znałam go w ogóle i skąd mogłabym wiedzieć, czy aby to nie jest jakiś prześladowca w płaszczyku zaintrygowanego zalotnika? Zastanawiałam się... jak odpowiedzieć, by zadowolić samca, a jednocześnie nie zdradzić o sobie zbyt dużo. 
— Może zapytam o twoje ulubione kwiaty? Dam sobie łapę odciąć, że musisz się turlać w pięknych kwiatach, bo twój zapach pobudza i powala. 
Myślałam, że parsknę ze śmiechu, ale w ostatnim momencie powstrzymałam się - aż łzy zakręciły się mi w oczach. 
— Dziękuję, to tylko moje perfumy. A co do kwiatów, to nie mam ulubionego gatunku. A poza tym, skąd przyszło Ci do głowy, że lubię jakiekolwiek kwiaty? Bo jestem waderą? - odparłam prześmiewczo.
— Tak. - wypalił, ale po chwili pokręcił gorączkowo głową. - Znaczy nie! Oczywiście, że nie! Po prostu, założyłem, że lubisz kwiaty, bo ładnie pachniesz. Większość Wader lubi, ale nie pachną tak dobrze jak ty. Ale to nie oznacza, że śmierdzą! Może... Zmieńmy temat?
Krok pierwszy, aby zakłopotać samca. Może źle zrobiłam, że tak na niego najechałam, ale bogini mi świadkiem, nie miałam nic złego na myśli. 
— Spokojnie, dopiero co go zaczęliśmy, nieprawdaż? Mówił Ci już ktoś, że samce wydają się tacy słodcy, gdy są zakłopotani? 
— Złota zasada. Nigdy nie określaj prawdziwego samca słodkim. Mamy być dzieli i odważni, nie słodcy.
— Wybacz, ale to trochę krzywdzące. Jak gdyby wy, wielcy samce, nie mielibyście prawa do uczuć i emocji.
— To nie do końca tak wygląda, Mała. Kwestia w tym, że czasami lepiej zachować silną skorupę. Może kiedyś zrozumiesz co mam na myśli. Choć życzę ci, abyś żyła w błogiej nieświadomości i wyglądała tak zabójczo o każdej porze - Bruno puścił oczko. 
— Chyba nigdy cię nie zrozumiem, twardzielu - odparłam, porozumiewawczo szturchając go łokciem w ramię. — Co byś mi jednak nie powiedział, ja twierdzę, że wy, wielcy samce, też macie prawo do uczuć. Nigdy nikogo bym nie wyśmiała, gdyby ktoś nagle zaczął płakać. Ty też. 
— Ja i płacz?! Wolne żarty - zaśmiał się samiec, unosząc wysoko głowę. — Jedno, co mogę Ci zaręczyć, to to, że nigdy nie ujrzysz mnie płaczącego. 
— Jak tam sobie chcesz - mruknęłam takim tonem, jakbym nie dawała wiary jego słowom. 
Miejskie wrota stały przed nami otworem, dawały nam o tym znać złoty blask pochodni, osadzonych w żeliwnych pierścieniach. Varona wieczorem, jak zwykle, niezbyt tętniła życiem. W trakcie gdy większość populacji zażywała odpoczynku po całodziennej pracy, w zakamarkach i zaułkach toczyło się inne, bardzo dziwne i mroczne życie. Widziałam grupkę wilków, stłoczonych wokół narysowanego białą kredą okręgu, w którego obrębie toczyły się kościane kostki do gry. Hazardziści. Jeszcze gdzieś indziej spojrzałam na zacienione miejsce obok bramy wjazdowej, gdzie zataczała się para pijaków, wyśpiewujących sprośne piosenki " O siostrzyczkach i chutliwym niedźwiedziu". W końcu trafiliśmy we właściwe miejsce. Kiedy tylko weszliśmy do "Prymusa" od razu uderzył w nas zapach pieczeni i pienistego piwa. Powietrze wręcz wibrowało od zgiełku rozmów, wznoszącego się i opadającego, wybuchów pijackiego śmiechu i krzyków kłótni w rogu sali. Jedyne "wolne" miejsce było obok okna gospody, przy którym cicho pochrapywał mocno wstawiony basior, dość leciwego wieku, bo widziałam wyraźnie przyprószone siwizną futro na karku. 
— Temu panu już chyba podziękujemy - oznajmiła służąca, klepiąc pijaka w ramię. Lecz ten bez ostrzeżenia osunął się z miejsca i zaliczył nura pod stół, wstrząsając przy okazji pustym kuflem po piwie. — Chyba nie będzie państwu przeszkadzał, prawda? Coś podać? 
— Dla mnie piwo... a dla tej piękności najlepsze wino, jakie tylko macie... 
— Nie musi być drogie. Jeszcze dojdzie do tego, że ta noc okaże się dla mnie niewypłacalna. 
— Daj spokój. To ja zaprosiłem Cię na zabawę, a nie ty mnie, więc nie jesteś mi nic winna. 
— Łatwo Ci mówić. Nie umiem tak jakoś... bawić się na czyiś rachunek. 
— Spokojnie - odparł Bruno, nachylając się nad blatem - Kiedy wyjdziesz na prostą, będziemy się bawić, jak dwa łyse konie. A tymczasem czuj się zaproszona. 
Po niecałej chwili, służebna wadera przyniosła zamówione picie - kufel pełen pienistego piwa dla Bruno i szklany kielich, prawie po brzegi wypełniony czerwonym, wonnym winem. Kiedyś czytałam o niektórych gatunkach win - na południu na przykład czerwone wino serwuje się komuś, kto jest bliski czyjemuś sercu... to pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy, gdy zobaczyłam, jak nieskazitelną czerwień miało wino. Westchnęłam cicho i chwyciłam za nóżkę kielicha. 
— No to za spotkanie - mruknęłam nadal onieśmielona gestem Bruno. 
— Na zdrowie - odparł Bruno, przykładając do ust kufel. 
— Na... HIK... zdrowie - wymamrotał leżący pod stołem wilk. Uniósł tylko chwiejnie łeb i rozejrzał się wokół, rejestrując mętnym spojrzeniem otoczenie. — Która to...HIK! Godzina?
— Dziewiąta wieczór, jeśli się nie mylę - odpowiedziałam. 
— Aha.... Ahhh... 
Ponownie padł na posadzkę. Chwilę później dało się słychać pod stołem donośne chrapanie. Bruno zachichotał i pociągnął kolejny, dość spory łyk piwa. Fala błogości przepłynęła przez jego twarz, kiedy wycierał pianę z podbródka. 
— Nie pijesz? - zauważył Bruno, zerkając na prawie nietknięty kielich wina. — Hej, maleńka, nie krępuj się. Przy mnie nie musisz, na prawdę. 
W tamtym momencie po raz pierwszy usłyszałam od samca słowa, które brzmiały tak uspokajająco. Chwycił w dodatku mnie za łapę i uścisnął ją delikatnie - trudno podejrzewać kogoś takiego, jak Bruno o tak wyjątkową czułość. 
— W co ty ze mną pogrywasz, Bruno? - zapytałam po chwili wahania — Co chcesz osiągnąć tymi słowami i gestami? 
— W nic nie gram ani... 
— Oj, młody... złap ją, gdzie trzeba i wychędoż mocno... - wymamrotał ten pod stołem. 
— Stul pysk! Lucy, na prawdę chciałbym cię prosić, abyś tej nocy mi zaufała. Proszę, napij się ze mną. 
Jego ton momentalnie się zmienił. Brzmiało to raczej, jak prośba kogoś, kto na prawdę potrzebował mojej pomocy. A pomocą miało być moje towarzystwo. Takiego tonu nie mogłam zignorować, westchnęłam tylko i uśmiechnęłam się, najmilej jak mogłam. Uniósłszy kielich w łapie, stuknęłam nim w kufel Bruna i pociągnęłam zdrowo kilka łyków. Wino było słodkie. Słodycz skutecznie tłumiła smak fermentacji i goryczki, przez co piło się je, jak zwyczajny sok owocowy. 
— Pyszne, dziękuję - powiedziałam, wycierając łapą usta. Bruno obdarował mnie szczerym, ciepłym uśmiechem i nie tracąc mnie z oczu, on pociągnął kilka łyków z kufla. 
— Jeśli tego chcesz, możemy takie wypady robić codziennie. Nie musimy pić czy coś w tym stylu. Możemy rozmawiać, tak jak teraz, a można też wybrać się na wieczorny spacer... czy to po lesie, czy wzdłuż miejskiego muru. Możemy rozmawiać na różne tematy... takie, jakie nas interesują. Co ty na to? 
— Wiesz... - odparłam, ale zaraz urwałam z braku słów na jego wyznanie. Było ono tak szczere, że aż odjęło mi mowę. Zawahałam się przez chwilę. — Nie mam nic przeciwko temu. Jeśli tylko dobrze się czujesz w moim towarzystwie. 
— Czy dobrze się czuję? Lucy, ja czuję, że odnalazłem bratnią duszę. Wystarczyło kilka chwil spędzonych z tobą, żeby wiedzieć, że z tobą mogę pogadać o wszystkim i o niczym. Cieszę się, że się jednak zdecydowałaś. Z pewnością tego wieczoru nie będę się nudzić. Zdrowie.
— Cóż... chyba ani ja. Pij na zdrowie, Bruno. 
Poszłam za jego przykładem i nabrałam spory łyk wina, słodkiego jak letnie jabłko. Napój był mieszaniną głębokiej błogości i słodyczy, jakiej dotąd nie udało mi się poznać. Bruno nie spuszczał spojrzenia, z satysfakcją czerpał radość z mojej przyjemności. Kiedy odsunęłam kielich od ust, zrobiłam coś, co na dłuższą chwilę wpłynie na samca. Przesunęłam językiem po górnej wardze, aż zalśnił na niej błysk wilgoci. Nie zrobiłam tego specjalnie czy z rozmysłem. W tamtym momencie zawładnął mną zwyczajny odruch sensoryczny, by jeszcze raz zakosztować podobnej słodyczy. 
— Lucy... ja - basior mruknął pod nosem, ewidentnie zatkany tym, co ujrzał przed chwilą. —... dziękuję, że tu ze mną jesteś. 
— No, dla twojej miny już wiem, że było warto się z tobą wybrać. 
Zanim się obejrzałam, kielich był już prawie pusty, a moja głowa pełna zawirowań. Rozluźniona i błoga, oparłam się o krzesło, wtórując nuceniem zwrotkę, zagrywaną przez siedzącego na wzniesieniu barda. 
— Bruno - zaczęłam już rozluźniona - Wiem, że zabrzmi to... ale czy postawisz mi jeszcze kieliszeczek?
— Dla ciebie zawsze, ślicznotko. 
Mimowolnie uśmiechnęłam się szeroko, jak szczeniak, który właśnie dostał worek łakoci. Po chwili wróciła służebna wadera, nalała alkohol do mojego kielicha. Z radością obserwowałam, jak czasza napełniała się czerwonym alkoholem. Tym razem zapomniałam, co to nieśmiałość - w zasadzie zawdzięczałam to Bruno i jeśli postanowił sobie mnie upić, udało mu się to. Znów ta sama słodycz i jeszcze silniejsza błogość. 
— Bruno, cieszę się - wymruczałam, kompletnie nie panując nad swoim plączącym się językiem. 
— Z czego? 
— Że... Hik... jesteś tu ze mną. Zbliż się... jeszcze troszkę... 
Bruno, mimo durnowatej miny, nachylił się posłusznie nad blatem, a ja poczyniłam to samo. Zbliżałam się do niego, zgrabnie niczym zadowolona kocica, a Bruno z każdą sekundą wyglądał coraz bardziej głupkowato. Kiedy byłam wystarczająco blisko, namiętnie i czule liznęłam go w policzek, mój oddech, drżąc, uderzył ciepło w jego czarne futro. Możecie mi wierzyć lub nie, ale Bruno zdębiał, jakby sparaliżowany. W miejsce liźnięcia złożyłam mu kolejny mokry pocałunek, po czym opadłam na krzesło, chichocząc i zakrywając łapą usta. 
— Tylko spójrz na siebie... nigdy nie widziałam tak głupio wyglądającego basiora. 
Bruno potrząsnął głową, ale słowo daję, trudno mu było pozbyć się tego głupkowatego uśmiechu. 
— Lucy, chyba Ci już wystarczy. 
— O nie, nie... - parsknęłam śmiechem — To ja powiem, kiedy dosyć. A teraz mam ochotę na więcej. 
Wychyliłam końcówki wina i ostatni raz nacieszyłam się słodyczą, bo Bruno nie dał się ubłagać, by postawił mi jeszcze jedną kolejkę. Na początku teatralnie zgrywałam zagniewaną i obrażoną, ale na widok tego głuptasa, wspominającego mój pocałunek, nie potrafiłam ukryć śmiechu.
— Kiedy pierwszy raz cię spotkałam - zaczęłam. Wstałam z miejsca i zatoczyłam obok stołu niewielki łuk, zbliżyłam się powoli do samca, a on z fascynacją obserwował moje poczynania. Odsunął się, kiedy niebezpiecznie skróciłam między nami dystans. Usiadłam obok i wtuliłam głowę w jego szyję, śmiało i bezdyskusyjnie. — Miałam cię za kolejnego rębajłę z pustką w głowie, ale... ty jesteś inny, Bruno. Jesteś bardzo słodki....oh... Bruno... Bruno... Brunoo... 
— T-tak? 
— Postawisz mi jeszcze kieliszeczek? - wyszeptałam mu do ucha, kończąc pytanie cichym jęknięciem. To powinno złamać opór każdego samca i wzbudzić u niego uległość na moją prośbę. Kompletnie nie panowałam nad sobą, gdybym tylko wtedy wiedziała, jak to się skończy, w życiu nie wypiłabym ani kropli tego cholernego wina. Teraz już było za późno, ale któż mógł przewidzieć ciąg sytuacji, które niebawem się odbędą. Bruno skinął na służebną waderę, a ona usłużnie napełniła kielich winem. 
— Ale... to już ostatni raz. Na prawdę...Lucy... 
— Tak? - szepnęłam mu do ucha. 
— Czy mogłabyś zabrać łapę z mojego uda? 
— Czemu? - spytałam, podsuwając sobie kielich do ust — Nie podoba Ci się? 
— Bardzo, ale... o bogowie, jaka ty jesteś cudna... i pijana. 
Przełknęłam łyk, odstawiłam kielich i odrzuciłam grzywkę na bok, tak, aby samiec spojrzał w moje oczy. Były jadowicie zielone, mętne, pełne radości. 
— Bruno, ty się podnieciłeś - zauważyłam, przysuwając nos do jego policzka. Wprawiłam palce w namiętny masaż, pocierając łapą wzdłuż uda, a potem pociągnęłam w górę, ku wrażliwym miejscom samca. Miałam go w garści. Jakże niewiele brakowało, aby samiec zatopił się w moim spojrzeniu, pełnym żywych iskier pożądania... 
— Hej! Bruno! - dało się słyszeć w oddali czyjeś zawołanie. 
Bruno momentalnie drgnął, jak gdyby wybudzony z transu. Odszukał spojrzeniem winowajcę, który bez litości przerwał mu przyjemność, płynącą między nami. 
— Czego chcesz? - zapytał. Wyczułam w jego głosie napięcie i gniew. Dalej wtulona w szyję, nasłuchiwałam, jak krew zaczyna pulsować w jego żyłach. 
— Co to za sunię masz obok? - śmiałek podszedł do nas. Był to wysoki, brązowowłosy basior, czystokrwisty, z tego, co udało mi się stwierdzić. — Nie zaprosisz nas do imprezy? Z całą pewnością panienka przyjmie do siebie więcej... 
— Spadaj stąd! - wysyczał Bruno. 
— Nie zgrywaj się, młody. Przyznaj, ile zapłaciłeś tej dziwce, by wzięła do pyszczka? 
Tego było już stanowczo za wiele. Spojrzałam, lekko kiwając głową, na bezczelnego sukin**na, który uważał, że może mnie bezkarnie obrażać. 
— Uwierz, że zbyt dużo, by takiego lachociąga, jak ty, było na to stać...     
— Ooo, widzę, suka z temperamentem. Dobrze, lubię takie. A jak będziesz grzeczna, obiecuję, że będę łagodny. 
W tamtym momencie miarka przebrała się, a cwaniak zabrnął zbyt daleko, aby uszło mu to płazem. Bruno czule, ale stanowczo zsunął mnie z siebie, po czym dopuścił się czegoś, czego nie przystało damie oglądać. Bez żadnego ostrzeżenia i wahania, Bruno zdzielił cwaniaka czołem w nos. Wyraźnie słyszałam, pomimo zewsząd panującego rumoru, jak kość czołowa Bruna rozwala z donośnym chrupotem delikatną chrząstkę nosa. Krzyk, dźwięk upadającego ciała, głosy cichną, muzyka urwała się w pół brzmieniu. Natarczywy cwaniak krzyczał, trzymając się za nos. W tłumie zabrzmiał kolejny rumor. Spojrzałam w lewo i spostrzegłam wyłaniających się z tłumu dwójkę osiłków, zapewne towarzyszy skamlącego durnia. 
— Bruno, za tobą! - krzyknęłam, ale jeden z nich zawarczał, zatrzasnął przed moimi oczami zęby z donośnym kłapnięciem. Osunęłam się z krzesła i zaliczyłam nura pod stół, tuż obok śmierdzącego piwem i czosnkiem starego basiora, który spał w najlepsze, pochrapując cicho. Słyszałam donośne warknięcia, kłapnięcia zębów, cięcia pazurami, przekleństwa i westchnięcia bólu. Kiedy zdołałam się podnieść, ujrzałam przed sobą taki widok. Bruno był podtrzymywany przez jednego z tyłu zębami za kark, tak, jak ojciec podtrzymuje niesfornego, niewyrośniętego szczeniaka. Drugi okładał Bruna pięściami po odsłoniętej klatce piersiowej i brzuchu, nosie i policzkach. I nikt nie zamierzał mu pomóc. Tłum zgromadził się wokół, tak, że już ledwo widziałam, co się działo za plecami gapiów. Wygramoliłam się spod stołu i złapałam za kielich - gdybym była trzeźwa, w życiu nie zdecydowałabym się na taki ruch, ale po winie, ogarnął mnie wigor i odwaga. Nawet nie wiem jak, wskoczyłam na czyiś grzbiet, wybiłam się lekko, jak trzepot skrzydeł motyla w powietrze i rzuciłam się na tego, co podtrzymywał Bruna w żelaznym uścisku szczęk. Zdzieliłam go kielichem w pysk, a szklane odłamki rozsypały się na wszystkie strony, błyszcząc niczym drobinki diamentów. Kolejny krzyk, bólu i wściekłości, ale przynajmniej Bruno wyswobodził się z uścisku i zajął się swoim oprawcą. Tamten pocierał łapą oczy, próbując wydobyć odłamki szkła, miotał się na oślep, jak gdyby był pewien, że Bruno zaatakuje. Kiedy był blisko mnie, podstawiłam mu łapę. Basior, chwiejąc się, wyrąbał orła na posadzkę, wylewając na siebie piwo z przewróconego kufla. Stary basior, który dotychczas spał pod stołem, wygramolił się zbudzony z przyjemnego snu. Skonstatował, co się święci, chwycił za kufel Bruna i chwiejąc się niebezpiecznie, krzyknął.
— Walka! 
I z tymi słowy posłał kufel w powietrze. Zgromadzone wokół wilki umknęły przed pędzącym pociskiem, który ostatecznie trafił w oponenta Bruna. To zdekoncentrowało go na tyle, że Bruno miał okazję wyładować basiorowi w nos ze wszystkich nagromadzonych w mięśniach sił. 
— Ktoś jeszcze chce naprzykrzać się mojej znajomej? - warknął Bruno, rozglądając się wokół. Tłum cofnął się, ale nie rozrzedził, patrzył na obraz kompletnego zniszczenia. Przewrócone kufle walały się pod łapami, turlały się po podłodze, mokrej od piwa. 
— Co tu się... Hej, WY! - krzyknął wysoki, zwalisty samiec, zapewne właściciel gospody. Nim zdołałam skonstatować, co się stało, Bruno chwycił mnie, poderwał z łatwością - równie dobrze mógłby podnieść worek kurzu - i wybiegliśmy razem na ulicę. Wczepiwszy się w jego szyję, mknęłam na jego grzbiecie, nocne powietrze przeniknęło przez moje futro i orzeźwiło momentalnie. Za nami dało się słyszeć donośny krzyk właściciela gospody i zaniepokojonych naszą ucieczką strażników. No pięknie, jeszcze tego nam potrzeba, by noc spędzić na posterunku. 
— Bruno, pozbądź się ich... - wymamrotałam niewyraźnie. Od ciągłego wznoszenia się i opadania w rytmie biegu basiora, zrobiło mi się niedobrze. Nie mogłam powstrzymać zawirowania w głowie. 
Bruno skręcił w ciemną uliczkę, a zrobił to tak gwałtownie, że niemal zjechałam mu z grzbietu. Tylko silny uścisk uratował mnie przed poturlaniem się po bruku, niczym sfatygowana fryga. 
*
W końcu skryliśmy się za szerokim węgłem budynku, dysząc najciszej jak mogliśmy. Płuca jednak domagały się tlenu. Odgłosy pościgu były coraz wyraźniejsze; zwielokrotnione kroki łap, drapanie pazurów o bruk stawały się głośniejsze. Przekleństwa ocierały się o bluźnierstwo, bo padały niebywale paskudne wiązanki pod naszym adresem. Żeby zlać się z mrokiem, Bruno zasłonił mnie... nie, przycisnął swoim ciałem do ściany budynku - nie, żeby mi się to podobało, ale i tak mógł chociaż zapytać. Zbliżeni do siebie w ten sposób, wyraźnie słyszałam przyśpieszone bicie serca Bruno, które galopowało zdrowo, jak rumak. Ponadto jego zapach uderzył mnie w nozdrza, był mocny i przyjemny... zbyt przyjemny, jak na takiego zawadiakę. Prawdę powiedziawszy podobało mi się to, parsknęłam nawet pod nosem. 
— Brunooo... chyba już po...HIK... wszystkim. Jak chcesz, możemy pozostać w tej pozycji jeszcze chwilkę, ale przynajmniej daj mi poprawić sobie grzywkę. Opada mi na nos, a ja chciałabym widzieć Cię całego... 
— Hmm? Ah, tak... wybacz, już się odsuwam. 
— Wstrzemięźliwość godna podziwu - skomentowałam, usiłując stanąć w linii prostej, choć przy obecnych zawirowaniach w głowie, nie było to proste. 
— Nie wiem, o czym ty mówisz - odparł, przymrużając lewe oko i podnosząc prawą brew. — Chyba było Ci obiecane, że będę trzymał łapy przy sobie. 
— Obiecanki, cacanki - parsknęłam cichym śmiechem, przywierając plecami do ściany. — Ehhh... Bruno, Bruno... ruszysz w końcu dupę i potraktujesz mnie, jak waderę? 
Mina samca zamarła momentalnie w krzywym, dość głupkowatym uśmiechu i spojrzawszy na mnie, jak na spełnienie swych najskrytszych marzeń, z niezrozumieniem pokręcił lekko głową. 
— To znaczy... co mam zrobić? 
— Pocałuj mnie.. przecież tego...HIK... właśnie chcesz, prawda? Potraktuj to jako moje podziękowanie za cudowny wieczór...Hik! Cholerna czkawka... HIK!...
Bruno stał i patrzył na mnie, z miną kompletnie zaskoczoną. Przełknął nerwowo ślinę, ale jakby zorientował się, że zaschło mu w pysku. W końcu zbliżył się do mnie, z nieznanym mi dotąd głodem w jego oczach. Jego źrenice błyszczały niebezpiecznie, jak gdyby był w nich płynne złoto. Musnął powoli moją szyję, powoli, jakby delektował się dotykiem futra, które momentalnie nastroszyło się od fali dreszczy. Zatopił palce w mojej bujnej sierści, tuż pod uchem, a ja przymrużyłam oczy, jak zadowolona kocica.  
— Chodź, Lucy. Odprowadzę Cię do domu, bo zdecydowanie masz już dość na dziś. 

< Bruno? >
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 3717
Ilość zdobytych PD: 1859 PD + 300 PD + 150% ~ 2789 PD
Łącznie: 4948 PD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz