Nowa zakładka "Kącik Zadań" dla lubiących wyzwania pojawiła się w Off-top! | Zmiana pory roku. Lato zbliża się wielkimi krokami. | ADMINISTACJA PROSI W MIARĘ MOŻLIWOŚCI O PRZYŚPIESZENIU AKCJI WĄTKÓW DO OBECNEJ PORY ROKU LUB DODANIE DO OPOWIADAŃ INFORMACJI, W JAKIM CZASIE DZIEJE SIĘ AKCJA WĄTKU | THE KINGDOM OF BLOOD zaprasza do siebie! | Miła atmosfera, kochani członkowie. | Poszukujemy nowych członków! | Chętnie zawieramy sojusze! Wystarczy zostawić komentarz w zakładce: Współpraca | Jeśli masz ochotę popisać, nie krępuj się! | Zapraszamy na Discroda, gdzie jest nas dużo więcej! | Nie musisz dołączać do bloga, wystarczy nam Twoja obecność na serwerze!

niedziela, 30 marca 2025

Od Dantego ciąg dalszy Naharysa | Itami ~ “Jak lis do lisa”

Samce przyglądali się sobie nawzajem badawczym i czujnym wzrokiem. Biała niczym świeże mleko sierść podkreślała jadeitowe, zielone oczy. Tak ten kolor nie był mu obcy, ciało naznaczone bliznami, wyraźnie zarysowane mięśnie. Stał przed nim doświadczony w boju wojownik. Widząc i wyczuwając jednak pewną więź znajomości pomiędzy Itami i Naharysem, jak wywnioskował z rozmowy, uspokoił się nieco. Nie zapowiadało się na kolejną walkę.
– Owszem. Nie ma się Pan już czym martwić. – Lis odpowiedział na pytanie. Gwałtownie wciągnął powietrze i zwrócił pysk w kierunku Itami, która sprawnym ruchem kończyła zakładanie szwów. ~Kiedy ona to zrobiła? Z niedowierzaniem pomyślał, gdy wadera obmywała delikatnie resztki krwi z rany.
– Ma Panienka prawdziwy talent do medycyny. – Uśmiechnął się do samiczki. – Dziękuję bardzo i liczę na kolejne spotkanie w nieco spokojniejszych okolicznościach. Nie będę już Państwu przeszkadzał. – Podniósł i ucałował łapę Itami, po czym skinął głową w kierunku Naharysa.
– Proszę przyjść do lecznicy w razie jakiś komplikacji, oraz na kontrolę i być może ściągnięcie szwów za dwa tygodnie. – Dante dostrzegł delikatne wypieki na twarzy samiczki. Przytaknął na usłyszaną informację po czym pożegnał się jeszcze raz słowem. Opuścił lecznicę oraz powolutku ruszył w stronę Varony. Musi kupić sobie coś pożywnego w karczmie, po czym chyba zmuszony będzie zamknąć bibliotekę na kilka dni. ~Może poproszę Marine o pomoc? Dokumenty dalej mogę w końcu wypełnić, a ta urocza burza energii mogłaby mi pomóc z wydawaniem cięższych ksiąg. Ahh… Głupio, że musze prosić o pomoc waderę.~ To nie tak, że Dante uważa je za słabsze, czy gorsze, ale uczono go iż cięższych prac po prostu nie wypada powierzać delikatnym samicom. Może to wpłynąć zarówno na samopoczucie jak i urodę. Świetnym tego przykładem są samotne handlarki, albo rzeźniczki. Psowate zahartowane przez życie. Widać, że mimo młodego wieku ich skóra jest zmęczona i marszczy się szybciej. Ponadto tak mocno zarysowane mięśnie, również nie wyglądają zbyt urokliwie. Przynajmniej w odczuciu lisa. Westchnął ciężko, gdy w końcu stanął w progu swej ukochanej biblioteki.
– Długo Cię nie było Dante. – Błękitny kolor mignął gdzieś z boku pola widzenia, aż po chwili nieco niższa od niego Marine stanęła przed nim. – Zaczynałam się martwić i chyba słusznie. – Wilczyca przyjrzała się opatrunkom lisa.
– Wejdźmy proszę, zaparzę herbaty i porozmawiamy na spokojnie. – Lis, szczerze mówiąc, nie miał specjalnie siły na nic więcej. Już w samej drodze powrotnej pogrążony był w myślach wokół dzisiejszych zdarzeń. Nic więc dziwnego, że uderzyło w niego zmęczenie z całego dnia. Nie spodziewał się spotkać Panienki Itami. Ta walka i później poznanie jej znajomego, którego same spojrzenie mogło by zabić, gdyby tylko wilk chciał. Aura emanująca od samca była niezwykle silna, a jednak nastawiona była bardziej na obronę samicy niż do bezmyślnej walki. Przynajmniej takie wnioski wyciągnął podczas drogi skrzydlaty. Naharys to intrygujący i zdecydowanie silny osobnik. Dante poczuł coś w swego rodzaju ukłucia, gdy zrozumiał iż Itami otacza się silnymi basiorami.
Z kłębu myśli lisa wyrwał delikatny dotyk i ciepło niebieskiej wilczycy. Uświadomił sobie, że już od jakiegoś czasu znajdują się w salonie skrzydlatego, na poddaszu biblioteki, czyli w jego pokaźnym apartamencie. Siedzieli na niewielkim, drewnianym podeście w kształcie okręgu, który był wyłożony drogocennymi poduszkami i kocami z jedwabiu. Obiekt był niczym innym, jak wielkim łożem, usytuowanym pod niewielkim oknem, we “wnęce” w tylnej części pomieszczenia. Znajdowało się ono na wprost od schodów, u których podstawy były drzwi dzielące bibliotekę od strefy mieszkalnej. Na stoliku po prawej stronie od wejścia, znajdowały się dwie filiżanki z herbatą oraz talerzyk z ciasteczkami. Po lewej stronie stała ściana z otwartym przejściem do kuchni oraz dwiema parami zamkniętych drzwi. Jedne z drzwi prowadziły do sypialni, a drugie do łazienki. Psowate siedziały na salonowym legowisku. Za plecami lisa znajdowało się okno, dające jeszcze dosyć światła by nie musieć aktywować naładowanych magią nefrytowych lamp. Słońce chyliło się ku zachodowi.
Słodki i zatroskany głos Marine w końcu dotarł do uszu samca.

– Dante. Nie wyglądasz najlepiej. Czy wszystko w porządku? – Spytała wadera i splotła palce ich łap. Była tak blisko. Praktycznie ocierała się o zdrowe ramię lisa, a jej słodki zapach, który na myśl przywodził piwonię i kisiel z malin, wdarł się gwałtownie do nozdrzy samca. Samica jakby ignorowała fakt, że jej dotyk może powodować dyskomfort lub też ból u lisa. Do tego te przenikliwe oczy. Jasne, żółtawe, przypominające cytryny. Patrzyły na niego wyczekująco. Iskry w nich tańczące zdradzały gwałtowny i silny charakter ich właścicielki. Dante przełknął ślinę, gdy wadera dotknęła go nosem w szyję. Przez dosłownie sekundę poczuł coś, czego nie powinien, natychmiast odciął się od paskudnej myśli i sprowadził się z powrotem na ziemię. Za późno. Wilczyca dostrzegła, jak przez ułamek sekundy źrenice samca otoczyła różowa obwódka.
– Wiem, że potrzebujesz pomocy. – Kontynuowała, a jej ton głosu zmienił się nieznacznie, jakby reakcja organizmu lisa była przyzwoleniem. Jej głos przypominał bardziej wstążkę, która oplatała coraz bardziej i bardziej samca, ilekroć wilczyca dotknęła skrzydlatego, bądź powiedziała coś, że dreszcz przeszywał jego mięśnie. Dante poczuł, jak Marine zwolniła jego łapę z uścisku, jednak nie po to, by dać mu przestrzeń w jego własnym domu, o nie. Wilczyca naparła na jego klatkę, popychając go i zmuszając do położenia się na plecach. – Pomogę Ci Dan... – Wymruczała mu do ucha. Lis nie przepadał za tym zdrobnieniem. Wołali tak na niego tylko klienci. ~Klienci! Myśl zabłysła niczym alarm.
– Stój! – Wydobyło się z gardła lisa. Głos był ochrypły, przez niedobór płynów. Jego filiżanka była bowiem nietknięta. Błękitne ciało zamarło, odsuwając się nieznacznie. Wystarczyło to, by lis się oswobodził i wstał na chwiejnych łapach. Doskonale wiedział do czego zmierza samica. W ogóle się jednak tego po niej nie spodziewał. Moment, w którym pozwoliłby na rozwój sytuacji, straciłby resztki szacunku do samego siebie.
– Nie chcesz tego robić. – Powiedział stanowczo. Górował nad Marine. Patrzył jej w oczy, widział w nich przez chwilę zwątpienie. Wadera podkuliła ogon, przegryzła wargę i odwróciła wzrok. Jakby zbierała myśli i odwagę.
– A może właśnie wiem?! – Wyszło po chwili z jej ust. Kończąc zdanie patrzyła znów na samca, tym razem jej oczy pełne były swego rodzaju determinacji.
– Jak w ogóle mogłaś pomyśleć, że chciałbym to z Tobą zrobić? – Spytał. – Jesteś dla mnie jak siostra. To niedorzeczne. – Przerwał na moment, by po chwili już nie patrząc na wilczycę, zeskoczył z posłania i kulejąc szedł do swej sypialni.
– Wyjdź stąd. Jestem zmęczony. Myliłem się co do Ciebie. – Powiedział, a jego głos wyprany był z wszelkich emocji. Nie umiał inaczej. Dante był zawiedziony tym, czego własne dowiedział się o “swej słodkiej Marine”. Wiedział, że już nigdy nie spojrzy na nią w ten sam sposób. Jak mógł nie zauważyć, że przez cały ten czas samica coś do niego czuła? Może po prostu chodziło o jego drugą pracę? Lecz gdyby tak było, czy wilczyca faktycznie tyle czasu poświęcała by lekturom i filozoficznym rozmowom? Lis zatrzymał się, usłyszawszy prawie niewykrywalne kapnięcie cieczy na posadzkę. To był dźwięk łzy, rozbijającej się o podłogę. Pierwszy raz jego słowa sprawiły by jakaś samica płakała.
– Nie tak miało być! – Oburzyła się Marine. Była wściekła, a jednocześnie płakała. Doskonale było to słyszalne w jej głosie. Drżał on bowiem. Momentami nawet się załamywał, a mimo to Marine dalej kontynuowała to co chciała powiedzieć.
– To był idealny moment. A Ty go zepsułeś! Miałeś być mój! Miałeś już tak wiele i wielu. Akceptowałam to, ale teraz gdy w końcu mogłam mieć Cię dla siebie w ten sposób, Ty mówisz mi "nie"! Zawsze byłam tu dla Ciebie. Zawsze! Nigdy nie patrzyłeś na mnie w ten sposób. Traktowałeś mnie jak swoją siostrę, gdy ja starałam się być kimś innym, być bliżej Ciebie. Zmieniłeś się odkąd była u Ciebie ta mieszana suka! – Dante niezbyt zrozumiał o kim mówiła w złości wilczyca. Miał jednak niemiłe przeczucie, że to mógł być ktoś istotny.
– Myślisz, że nie widziałam, że nie zauważyłam? – Spytała wyczekująco. Dante usłyszał jak wadera zbliżyła się do niego. Stała na odległość ogona. Gdyby chciał, mógłby ją nim dotknąć. Wiedział również, że wilczyca nie skończyła swego wywodu. Czekała na pytanie z jego strony. Lis wypuścił cicho powietrze z ust. Chciał jak najszybciej mieć już Marine z głowy. Zmęczenie zaburzało jego ocenę sytuacji, wpływało na niepotrzebne angażowanie się emocji.
– Czego miałaś nie widzieć? – Spytał w końcu. Wpatrywał się w drzwi przed sobą. Widział na nich dwa, uszate cienie. Dostrzegł jak sierść Marine zdążyła się nastroszyć, przypominając tym samym jeża. W powietrzu szło wyczuć napięcie związane z mocami samicy. Wilk władający błyskawicami to spore zagrożenie w zamkniętej przestrzeni.
– Wtedy tamtej burzy. Przyszła do Ciebie ta nic niewarta medyczka. – Uszy lisa stanęły ostro do góry. Nie odwrócił się, ale poczuł jak krew zaczęła w nim się gotować. – Śmierdziała ziołami z kliniki. Cała się trzepała. Długo u Ciebie była, a gdy wychodziła,  okryłeś ją skrzydłem i gdzieś odprowadziłeś. Od tamtego dnia z nikim się nie zabawiałeś. Nikogo nie zaprosiłeś, nikt u Ciebie nie był. – Wysyczała swój wywód. – Wiem to, bo mimo Twej zawierającej dech w piersiach pielęgnacji, bardzo długo czułam na Tobie jej zapach. – Faktem było, że jakoś od pierwszego spotkania Itami, Dante odwołał kilka spotkań “biznesowych” i nie miał zbytnio potrzeby, czy też ochoty by się z kimś umówić. Ktoś, kto go zna mógłby stwierdzić, że rzucił swą drugą pracę. Marine go zna, ale przecież nie chodzi z nim krok w krok. Nie wie o wszystkim co robi. Śledziła jednak jego ruchy poza biblioteką. Na pewno wyczuła również inne “aromaty” na ciele lisa. Czemu jednak nigdy dotąd nie postanowiła się przed nim otworzyć, czy też zapytać wprost? Być może potoczyłoby się to wszystko Inaczej.
– Zakochałeś się w niej? Poważnie? Przecież wolisz przygody na jedną noc. Z resztą nie sądziłam, że upadniesz tak nisko, bratając się z mieszańcem.
– Idąc Twoją i tak napiętą logiką, to nie powinniśmy się spotykać Marine. Nasz potencjalny “związek” zakończył by się powstaniem kolejnych mieszańców. – Dante odwrócił się i przeszył samicę wzorkiem. Jego źrenice niebezpiecznie cienkie, przypominały sztylety. Niegdyś jedna z najbliższych mu osób, teraz totalnie obca już dla niego wilczyca. Marine warknęła cicho wiązankę wyzwisk. Odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku drzwi.
– Jeszcze zobaczysz. Będziesz mnie błagał, bym z Tobą była. Będziesz mnie przepraszał za to, jaki byłeś głupi! – To powiedziawszy zatrzasnęła za sobą drzwi. Dante wypuścił powietrze z pyska i wszedł do swej sypialni. Ten dzień, zaiste, nie mógł być gorszy. Z tą myślą lis zasnął. 

*

Minęły już dwie fazy księżyca. Dante zmierzał właśnie do lecznicy, a w pysku trzymał cenny poetom pakunek. Drewniana skrzyneczka, przewiązana wstążką nadawała elegancji i powagi wnętrzu. W środku znajdowało się bambusowe pióro do pisania. Sprowadzone z drugiego krańca kontynentu, szczelnie zamknięty kałamarz z atramentem kałamarnic, sprowadzony z północy oraz zabezpieczone skórą dwie rolki pergaminu z drewnianymi wykończeniami, aby łatwiej się pisało i przechowywało. Całość choć lekka, zajmowała jedną z większych szkatuł jaką starsza przekupka miała na swoim straganie. Lis czuł się zdrowy jak rybka. O zdarzeniach sprzed 2 tygodni przypominała tylko blizna na ramieniu i szwy, które właśnie szedł wyciągnąć u lubianej przez siebie medyczki. Ostatnio na kontroli i zmianie opatrunków nie zastał Itami. Była za nią na zastępstwo inna wadera z Varony. Dobrze wykonała swoją pracę chociaż nie była zbyt rozmowna. Dante liczył na to iż tym razem zastanie urokliwą lisicę i będzie mógł jej wręczyć ten prosty podarek. Wszedł do lecznicy. Nie zastał w niej żadnych innych pacjentów, z dali jednak wyczuł delikatną woń piegowatej samicy.
– Dzień dobry Panienko Itami. – Przywitał się położywszy skrzynkę pod swoimi łapami. 

<Itami?>
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 1854
Ilość zdobytych PD: 927 PD + 180  PD  + 150% ~ 1391 PD
Łącznie: 2498 PD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz