Słońce w końcu wyłoniło się znad horyzontu, przesączając się przez osłonięte prześwitującą firanką okno. Jak na jego wezwanie, otworzyłam oczy i zamyślona wpatrywałam się w punkt ponad powałą. Nadal towarzyszyła mi ta obcość, kiedy w końcu podjęłam decyzję, by pozostać w Dailoran. Wczorajszego dnia miałam kompletnie zajęty grafik; Najpierw zapoznać się z obowiązującym tutaj prawem, zaliczyć audiencję z Alfą, którą zaliczyłabym do największej porażki dnia. Salem nie potrafił utrzymać pohamować swojego spojrzenia... wręcz rozbierał mnie nim, zatrzymując go to tu, to tam, dokładnie zbadał mój biust, krągłości koło ogona, a do tego mówił do mnie, jakbym stała pod latarnią. Przymilał się, proponował wspólne spacery wokół wystawnego ogrodu, wizyty w jego rozległych komnatach, pełnych drogocennych futer, ornamentowanych mebli i widokiem skierowanym na góry. Odmówiłam mu, najgrzeczniej jak umiałam, ale ten jakby w ogóle tego nie usłyszał. Perorował bez ustanku o szczęściu przy jego boku, gdybym zgodziła się zająć miejsce jego osobistej faworytki. Ciekawa byłam, czy każdej chętnej do dołączenia do Dailoran proponuje coś takiego? Nie miałam pojęcia, ale wychodząc z pałacu tego starucha, ulga ogarnęła mnie niesamowita. Podpisałam, co miałam podpisać. Powiedziałam, co miałam powiedzieć i basta. Potem nadszedł czas zwiedzania okolicy, przez co wróciłam wyczerpana, jak bateria. Nawet głodna zbytnio nie byłam, miałam ochotę jedynie opaść na łóżko - które swoją drogą było nawet wygodne - i tak oto przywitałam następny dzień z nieznośnym marszem w kiszkach. Głód był jedynym pretekstem do tego, by zrzucić z siebie przyjemnie ciepłą pościel, wstać - zrobiłam to z niebywałym trudem - i ruszyć ku drzwiom, które prowadziły na korytarz wyższej kondygnacji gospody i zejść na dół, na ubogie śniadanie - bo tylko na takie było mnie stać. Kelnerka podała mi miękkie bułki, posmarowane masłem i żółtym, topionym serem. Lepsze to niż nic, a przynajmniej do czasu, aż nie zdobędę czegoś lepszego do jedzenia. Po posiłku wyszłam na ulicę Varony, niezwykle gwarnej i zatłoczonej. Większość gdzieś się śpieszyła, nie wiadomo gdzie, inni przystali na chwilę, w towarzystwie bliskich i o czymś żywo rozmawiali, a ja sama nawet nie wiedziałam, co powinnam uczynić.
— Panienka idzie w stronę Dailoran? - zapytał nagle gospodarz karczmy, wychylając głowę w wejściu.
— Powiedzmy - odparłam obracając się w jego stronę. — Czy coś się stało?
— Jakby panienka była tak miła i przyniosła troszkę wody we wiadrze? Potrzebuję jej do zupy.
Uniosłam lekko brew. W tym dniu nie miałam zamiaru niczego dźwigać, a tym bardziej słuchać czyichś poleceń.
— Czemu nie pośle pan po wodę kogoś innego? Na przykład kelnerki.
— Tego ranka mamy sporo pracy, klienci się zlecieli jak muchy i nie mogę wyrobić z zamówieniami. No, proszę panienkę. Zapłacę.
— Aaa, skoro tak pan stawia sprawę.
Przyjęłam od niego puste wiadro i powędrowałam w stronę jeziora, które akurat lśniło w świetle słońca. Niedaleko zaś wojownicy z Dailoran urządzili sobie poligon do swoich codziennych ćwiczeń. Po zaczerpnięciu wody, podeszłam bliżej, aby przyjrzeć się sztuce walki i podziwiać prężne mięśnie, pracujące pod warstwą bujnych sierści. Ułożywszy się wygodnie na niewielkim pagórku, obserwowałam, jak wojownicy, niczym psotne szczeniaki, biegali to tu, to tam, dysząc i prychając ze wściekłości.
— Oho, coś się musiało stać - mruknęłam do siebie, wpatrując się w poczynania wojowników. Jeden nawet przyciągnął przyciągnął moją uwagę. Miał bujne futro, czarne jak najczarniejsza noc, oczy złote jak dwa samorodki. Kiedy wykonał ostatnie okrążenie wokół poligonu, przystanął na chwilę. Wyhamował z takim impetem, że niemal przysiadł na ziemi. Łapy miał masywne i długie, dźwigające równie dobrze zbudowany tułów. Imponująca sylwetka, pomyślałam w duchu. Pomyślałam, że podejdę do niego, dam mu się napić.
— Hej mała. Jesteś tu całkiem sama? - zapytał kiedy na mnie spojrzał. Zmrużyłam lekko oczy, zastanawiając się nad odpowiedzią. Był bezczelny. Zresztą to typowe u wojowników, którym brak podstawowej ogłady.
— Spójrz na siebie, nie jestem mała - odparłam, chowając jednak urazę głęboko w sobie. Może początek nie był udany, ale to nie oznacza, że wszystko było stracone. — A co do mnie, jestem po prostu niska. Chciałbyś się napić?
— Zleciałaś mi z nieba.
— Dzięki, mała. Tego mi było trzeba.
— Każdą łapiesz na tekst "mała"? Szczerze ci coś doradzę. Zmień nutę, bo tylko się kompromitujesz.
— Widać, spotkałem znawczynię od spraw sercowych, ciekawe.
Podniosłam podbródek z udawaną dumą, po czym parsknęłam ze śmiechu.
— Nie jestem znawczynią, ale serio... to już jest przereklamowane. Podejdź bliżej.
Samiec z początku zaskoczony, podszedł jednak - w jego ruchach wyczuwalna była aura pewności siebie, siły i gracji - po czym przysiadł przy moim lewym boku.
— Zamiast mówić "Hej, mała" obejmij mnie i zaproponuj wspólny obiad. Hola! hola! Łapki przy sobie, z tym przytulaniem to żartowałam - parsknęłam śmiechem - ale z obiadem już nie.
— Czyli teraz już nie mam wyjścia?
— Prawdę mówisz. Nie masz.
— Dawno nie spotkałem takiej spryciuli, jak ty.
— A ile ich w życiu znałeś? - zapytała unosząc nieco brew.
— Uwierz mi, niewiele. Ale z ciebie jest niezwykły egzemplarz. To kiedy, mała? Kiedy dasz się namówić?
Szparki typ, pomyślałam przelotnie i posłałam mu ciepły uśmiech, co chyba się mu to spodobało. W oddali jednak dało się słyszeć niski baryton Alfy - tego wilka, który wczoraj próbował poderwać mnie na swoje salony i ciepłe komnaty. Zastanawiałam się, ilu waderom proponował coś takiego. Kiedy skierował spojrzenie na czarnowłosego basiora, warknął w jego stronę.
— Bruno, stawisz się na zbiórkę, czy mam Ci wysłać specjalne zaproszenie. Ruszaj dupę i to już!
— Mam ochotę go zatłuc - mruknął mi prawie do ucha.
— Uwierz mi, bracie, nie tylko ty masz takie odczucia. No leć, bo inaczej źle to się skończy.
Bruno, tak? Ciekawe imię, pomyślałam, masując sobie podbródek. Nim jednak ruszył w kierunku Alfy, Bruno odwrócił się jeszcze, z nadzieją w złotych oczach.
— Spotkamy się jeszcze?
— BRUNO! - ryknął Alfa. Widziałam błysk wyszczerzających się ze wściekłości kłów Bruno.
— Pewnie, że tak. Powodzenia!
Nim się odwróciłam, spostrzegłam cień uśmiechu na ustach Bruno. Zaintrygował mnie nawet - przystojny, narwany niczym ogier i do tego pewny siebie, odważny, bo nie zawahał się, gdy do mnie zarwał. I do tego te blizny - cóż, musiał mieć bogate życie bitewne i pewnie niejednokrotnie zerwał bęcki, że się w pale nie mieści. Blizny jednak nikogo nie czynią słabym ani szkaradnym. Blizna to pieczątka niezwykłej waleczności. Jeszcze długo obserwowałam zgromadzonych w rzędzie wojowników; Stojący przed nimi Alfa wydzierał się o coś, ale nie wsłuchiwałam się jakoś zbytnio. Na celowniku nadal miałam ciemnowłosego samca o złotych, zadzierżystych oczach. Oparłam łapę o podbródek, długo obserwowałam ich poczynania będąc jednocześnie pod wrażeniem zdolności, jakich wykazywał Bruno - widać, że mięśnie, zęby i pazury miał nie od parady. Poruszał się z gracją i wprawą, łapy pracowały w energicznym i zawoalowanym tańcu, zwanym walką. Walką na niby, co prawda to prawda, ale mimo wszystko wprawa z jaką poruszał się Bruno... zasługiwała na oklask. W końcu przypomniałam sobie o wiadrze wody i gospodarzu, który pewnie obmyśla sposób zabicia mnie za tak długie oczekiwanie. Jak kocha to poczeka.
Lucy alchemię nawet lubiła, bez problemu przyswajała wiedzę o substancjach, reakcjach jakich one wywołują - dowiedziała się nawet, że alchemia jest szlachetną nauką, bo ma ona doprowadzić do wynalezienia kamienia filozoficznego - legendarnej substancji leczącej każdą chorobę, odmładzającą tkanki i komórki u każdej żywej istoty oraz zapewniającą długowieczność. Zielarstwo niejako jest połączone z wiedzą alchemiczną, ale też się sporo nauczyłam o ziołach. Umiałam odróżnić kwiaty wrotyczu od kocanka piaskowego, odpowiednio dobrać dawki i stworzyć mieszaninę ziół na oczyszczenie nozdrzy, ale... czułam, że to nie jest to, co chciałabym robić. Miałam zaś głowę do liczb. Nie miałam problemów z liczeniem w pamięci, bez zapisywania wyników na pergaminie, a liczydło nie było mi potrzebne. Umiałam się za to posługiwać linijka envickiej roboty. To przyrząd iście misternie skonstruowany, dzięki czemu byłam w stanie zmierzyć każdą długość.
Zajęcia trwały do późnego wieczoru, byłam iście wyczerpana, wydawać się mogło, że z czaszki aż się dymi od przyswojonej wiedzy. Tyle się dziś działo! Leżałam w łóżku, z zamkniętymi oczami i wsłuchiwałam się w błogą ciszę - tylko tego potrzebowałam po całodziennym odbieraniu różnych dźwięków. Łatwo się też rozpraszałam i musiałam wiele razy powtarzać jedno i to samo, aby w końcu zapadło mi w pamięci. I wtedy przypomniałam sobie czarnowłosego basiora, zaraz... jak on miał na imię? Bruno? Tak, dobrze pamiętałam. Przypomniałam sobie jego pytanie, tonem wypowiedzianym z nadzieją, jak gdyby od tego zależało jego istnienie. "Spotkamy się jeszcze?". Basior widział mnie dopiero pierwszy raz i proponował mi ponowne spotkanie - musiałam go czymś zainteresować.
Ale czym wadera może zainteresować prostolinijnego basiora?
Odwróciłam się na prawy bok, spojrzałam na okno wychodzące na widok lasu, rozciągającego się ku zachodniemu horyzontowi. Być może za niedługo się z nim spotkam? Może tylko na chwilę, byleby zaspokoić ciekawość?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz