Nowa zakładka "Kącik Zadań" dla lubiących wyzwania pojawiła się w Off-top! | Zmiana pory roku. Lato zbliża się wielkimi krokami. | ADMINISTACJA PROSI W MIARĘ MOŻLIWOŚCI O PRZYŚPIESZENIU AKCJI WĄTKÓW DO OBECNEJ PORY ROKU LUB DODANIE DO OPOWIADAŃ INFORMACJI, W JAKIM CZASIE DZIEJE SIĘ AKCJA WĄTKU | THE KINGDOM OF BLOOD zaprasza do siebie! | Miła atmosfera, kochani członkowie. | Poszukujemy nowych członków! | Chętnie zawieramy sojusze! Wystarczy zostawić komentarz w zakładce: Współpraca | Jeśli masz ochotę popisać, nie krępuj się! | Zapraszamy na Discroda, gdzie jest nas dużo więcej! | Nie musisz dołączać do bloga, wystarczy nam Twoja obecność na serwerze!

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Od Itami | Lucy ciąg dalszy Atrehu ~ "Druga strona róży"

Itami

A więc postanowione. Wzięli jeszcze tylko najpotrzebniejsze według nich rzeczy z domu - Itami swoją niezastąpioną torebkę na udo oraz trochę gotówki - po czym wyszli na drogę, prowadzącą przez las do miasta. W trakcie drogi nie spotkało ich nic nadzwyczajnego, ot śpiewająca zgraja słowików, skryta wśród listowi, widzieli też stado jeleni, pasące się na bujnie ukwieconej łące. Mijali grupkę znajomych wilków, wędrownych handlarzy - który jeden z nich nawet zaczepił Itami, starając się zainteresować ją swoim asortymentem - a Itami zadowalał fakt, że wszyscy byli w dziwnie dobrych humorach. Słońce rozświecało okoliczne łąki, rzucało ciepłe promienie na las, czegoż można więcej o życia chcieć? I do tego wędrowała u boku najprzystojniejszego samca na świecie, nawet w najśmielszych snach nie marzyła o takim samcu. Kochała go mocno i pragnęła, by pozostał z nią na zawsze. Póki ich śmierć nie rozłączy, jak mawiają miejscowi. Bywały jednak chwile, gdy Itami podejrzewała Atrehu o rozwiązłość - tacy samce, jak on, zapewne pragną w życiu więcej, niż jedną waderę - ale przypominała sobie wtedy, że sama praktykuje poligamię. Nie miałaby żalu do Atrehu, gdyby do szczęścia znalazł sobie jeszcze jedną samicę. Być może prędzej dałaby mu przecudowne szczenięta, na które Itami nie potrafiła się zdecydować - szczeniaki to ogromny obowiązek, wyrzeczenie i poświęcenie. Tak bardzo chciała mu dać tyle szczeniaków, ile by sobie wymarzył, była na to gotowa, ale ta niepewność pozostaje i rzuca na nią swój ogromny cień. Całe jej życie polegało na niepewności, lęku o to, co przyniesie jej przyszłość... 
Jedynie, czego teraz pragnęła, to przytulić się do najprzystojniejszego samca, jakiego nosiła ta przeklęta ziemia. Wskoczyła Atrehu na grzbiet i chichocząc wesoło, wtuliła policzek w bujne futro na szyi samca. Atrehu odwrócił się tylko, powoli i z wyczuciem, i posłał Itami zadowolone spojrzenie. Mówiło ono, że jeszcze tej nocy zajmą się sobą, w ciepłym łóżku, pod kołdrą z wyszytych futer.  
Itami momentalnie zapragnęła tej bliskości, całą sobą, każda komórka jej ciała pragnęła miłości. 
Kiedy zbliżali się do zachodniego skraju lasu, ich oczom ujawniły się wysokie mury Varony. Niewyraźne słupy burego dymu, wydobywającego się z kominów przyciśniętych do siebie budynków, utwierdziły Itami w przekonaniu, że wszystko jest tak, jak powinno być. Varono, już się zbliżamy.

Lucy
To był ten dzień, kiedy na dobre miałam opuścić mury ponurej rzeczywistości, by wstąpić w kolejną, jeszcze gorszą. I stałam tak na wybrukowanej ulicy, kompletnie zdezorientowana, mając przed sobą obszerny plac miejski, po którym, jak mrówki, pędziły inne wilki. Po co? Sama nie wiedziałam, ale jedno, co muszę przyznać - niepokój rozrastał się we mnie z każdą chwilą. Gdzie ja mam iść? Dokąd się zwrócić o pomoc? Głowę miałam kompletnie pustą, emocje buzowały we mnie, niczym piana dobrego piwa. Bo i dlaczego miałabym czuć się inaczej - nie wiem o tym miejscu nic. Nic! Nie znałam nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić, żadnych przyjaciół...ani wrogów. 
Zrobiłam kilka kroków. Od czegoś trzeba było zacząć. Rozejrzałam się wokół. Jedynie, co rzuciło mi się w oczy, to tętniąca życiem karczma - jedyna duma tego zawszonego miasta. Było jednak coś, na co w tamtym momencie, nie zwracałam uwagi. Byłam wolna. Wtedy pragnęłam jednego - bezpiecznego schronienia, miejsca, gdzie mogłabym się zatrzymać na dłużej. Nie zwróciłam nawet uwagi, jak zmierzałam właśnie w kierunku "Prymusa". Wtedy pomyślałam nawet, że to właśnie to miejsce, gdzie powinnam szukać takiego miejsca. Plan był taki. 
Poproszę właściciela o pracę. Jeśli uda mi się go ubłagać, będę miała stałe źródło dochodu - jeśli w ogóle się spiszę w tej pracy. Kiepska byłaby ze mnie kelnerka - w stresie, łapy plątały się mi, jak frygi i do tego skazałabym się na publiczną kompromitację. 
Ponad trzydzieści razy i o jeden raz więcej próbowałam sobie wpoić, że sytuacja wcale nie jest taka opłakana, jak mi się wtedy wydawało - Wiem, nie jestem dobra w pozytywnym myśleniu. 
Nie wiedziałam gdzie idę i tylko cud uchronił mnie przed wpadnięciem do fontanny, w której pływała ławica różnokolorowych rybek. 
Karczma nie była już daleko. Oszołomiona pod wpływem emocji, szłam jak bezwolna maszyna z punktu A do punktu B, nie zastanawiając się nad tym, co robię. Wyznaczyłam sobie cel i muszę go spełnić - bez znaczenia, czy plan się powiedzie, czy też nie. Pewnie chciałam wkroczyć na dębowe schody, które poprowadziłyby mnie do drzwi, ale w końcu trafiła kosa na kamień. Zdrowo walnęłam w jakiegoś wilka, aż się zatoczyłam i tylko o włos brakowało, abym wyrżnęła tyłkiem o zimny bruk. Otrząsnęłam się zdezorientowana, ogarnięta nową falą niepokoju - musiałam liczyć się z gniewem tego kogoś, no i w sumie, miałby rację. Mogłam patrzeć, gdzie idę, a nie łazić, jak kura bez głowy. 
Kiedy się otrząsnęłam, zobaczyłam... o bogini... 
Samiec był wysoki, przystojny, i jak na niego, nieźle opanowany. W jego płomienistych oczach nie spostrzegłam gniewu... był raczej zaciekawiony. 
— Najmocniej przepraszam... ja... przepraszam - dukałam, jak szczenię, które właśnie coś przeskrobało. Oczy latały mi, jak bezgłowe mrówki w poszukiwaniu czegoś... nie wiedziałam czego... 
— Hej, to nic. Ja też przepraszam.
— Nie masz za co. To ja łażę, jak kura bez głowy, nawet nie pomyślę, by się rozejrzeć. 
Uwierzcie, że jednym tchem wymamrotałam tę formułkę, aż o mało nie dostałam wylewu. Emocje robiły swoje. Właśnie zostałam wyrzucona na głęboką wodę, bez żadnej pomocy, wsparcia. 
— Dobrze się czujesz? 
~ Nie no, wybitnie. Nie masz pojęcia, jak bardzo wybitnie się czuję - pomyślałam w duchu, ale nie odważyłam się tego powiedzieć na głos. Jeszcze nie byłam tego świadoma, ale właśnie nawiązałam z kimś relację, na dłużej niż na chwilę. 
— Tak... raczej tak. Ja przepraszam jeszcze raz... 
Jego oczy, dziwnie spokojne, przewijały się spojrzeniem po mnie, jak gdyby basior mnie oceniał, a być może zastanawiał się, co powiedzieć? Wykorzystałam okazję i przyjrzałam się mu dokładnie. Był masywny, to mu trzeba było przyznać. Wilcze kształty i wzrost zapewne zawdzięczał po którymś z jego rodzicieli, długi i puchaty ogon, którym można by było przykryć się w mroźne dni. Jego łapy wyraźnie umięśnione i masywne, utrzymywały równie dobrze zbudowany tułów, a płomieniście rude futro było wisienką na już i tak sporym torcie. O bogini... 
— Ja... ja... chciałam tylko... 
— No już, już, nic się nie stało - odparł uspokajająco samiec — Zgubiłaś się? Gdzie są twoi rodzice? 
Powiedzmy sobie szczerze - zatkało mnie to pytanie. Na serio byłam na tyle młoda, że inni biorą mnie za nieletnią? Przełknęłam cicho ślinę, próbowałam stłumić narastającą falę lęku w piersi. 
— No... tak na prawdę to nie mam rodziców. Umarli, jak byłam mała. Wychowywałam się w sierocińcu. 
Na moje wyznanie, samiec wytrzeszczył oczy, pełne ciepłego zrozumienia. Pierwszy raz spotkałam się z kimś, kto obdarzył mnie taką dozą ciepła. 
Ostatnio tak się czułam - kiedy jeszcze ledwo sięgałam opiekunkom do ramienia - kiedy lekka iskierka przyjaźni zapłonęła między mną a pewnym samczykiem. Nie potrwało to jednak zbyt długo. Opiekunki, sama nie wiedziałam czemu, zakazywały mi się z nim zadawać. Pamiętam te jego cienkie pręgi pod zielonymi, wiecznie czujnymi oczami... za daleko powędrowałam wspomnieniami. 
— Współczuję Ci. Teraz zgaduję, nie jest łatwo Ci się usamodzielnić. Poszukujesz domu? 
— Żeby tylko to... nie mam pracy, pieniędzy, dachu nad głową.. niczego. 
Nawet nie wiedząc kiedy, otworzyłam się przed obcym samcem. Słuchał mnie z uwagą, co zachęcało do dalszej rozmowy, pragnęłam wtedy wylać z siebie wszelkie żale, jakie w tym momencie ciążyły na mnie, jak wyrok za przestępstwo, które nie popełniłam - że się urodziłam.  
— Chyba mam na ciebie pomysł i myślę, że to się może udać. Chodź ze mną do Dailoran. Tam zawsze potrzeba kilka dobrych łap do pracy, no i oczywiście, będziesz mieć własny kąt i dach nad głową. Będziesz mogła się czegoś nauczyć, no i przede wszystkim nie będziesz sama. 
— Ty jesteś z Dailoran? Z tej watahy na wschodzie? Myślisz, że przydałabym się tam na coś? Niczego nie umiem, bo ani nikt niczego mnie nie nauczył, ani nic... jak ja miałabym się do czegoś przydać? 
— Nie martw się. Już my wiemy, jak odkryć w kimś zdolności - trzeba oczywiście się napracować, aby coś osiągnąć. Czegoś się nauczyć. Ale nie martw się, nie będziesz sama, jasne? 
Gorliwie pokiwałam głową, próbując poukładać myśli na właściwe miejsce, jak gdyby były jakąś skomplikowaną układanką... pełną niepasujących do siebie części... Nie jestem wilczycą, którą trzeba długo namawiać. Samiec właśnie oferuje mi miejsce, gdzie mogłabym się rozwijać i spełniać... po prostu być komuś potrzebna. W sierocińcu czegoś takiego nie było. Opiekunki jakoś nie wykazywały nami zbyt większego zainteresowania, dawało się odczuć wszechogarniającą obojętność. 
— No dobrze, ale... ja nawet nie wiem, jak masz na imię... 
— Mów mi Atrehu. 
— Miło mi cię poznać. Jestem Lucy. 
— Piękne i rzadko spotykane imię. A jeszcze rzadziej spotykana uroda. Musisz bardzo dbać o futro, prawda? 
Teraz przechodzimy do komplementów? Najpierw zarzucił haczyk w postaci zaproszenia do watahy, od razu go pochwyciłam, a teraz nadszedł czas na przekomarzanie? Nikt nigdy nie poświęcił mi tyle czasu, co ten Atrehu. 
— Atrehu, powiem tak... z nieba mi spadłeś. Normalnie, jak... jakiś wysłannik bogini. Nie jestem zbyt wierząca, ale chyba sam los chciał i wola bogini, że na ciebie wpadłam. Na ciebie, a nie na jakiegoś dziada. 
— Dla pięknych dam zawsze do usług - samiec teatralnym gestem wykonał głęboki ukłon. Bajerant. — Zanim jednak pójdziemy, muszę odnaleźć mojego skowronka. Miała iść kupić coś do jedzenia. Pewnie znów nie może się zdecydować, ale to nasza Itami. Jeśli chcesz, możesz towarzyszyć i przy okazji pomóc mi ją odnaleźć. 
— O kurczę! Jasne, jasne... 
Radość sięgnęła szczytu, zabiła w dzwon zenitu, nareszcie nie jestem sama! Ta karczma, sierociniec, ten lęk przed nieznanym, to wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. W kozich podskokach, jak mała waderka, szłam za Atrehu, musiał mi to jednak wybaczyć. Nie potrafiłam opanować radości i... tej ulgi? Czułam pewną lekkość w łapach, bo zaczęło towarzyszyć mi uczucie, które rzadko odczuwałam... nie byłam odosobniona. Mogąc towarzyszyć Atrehu, miałam możliwość nieco zagłębić się w trzewia tego miasta. Mijałam stragany, wypełnione przeróżnymi towarami, własnoręcznie zrobione bądź zdobyte. 
— Koszyki, tak wiele mam koszyków. Kto chce koszyki! Wiklinowe, kominkowe, jakie dusza zapragnie! Koszyki, kto chce koszyki! - wołał przy straganie handlarz. 
— Makrele, tłuste i dorodne makrele! Można utargować cenę, tylko u mnie, dorodne makrele! Dorsze! Mintaje, czego dusza zapragnie! 
— Czy oni muszą się tak wydzierać? Zmarłego obudziliby z grobu. 
Atrehu roześmiał się na moją uwagę. 
— Muszą się wydzierać inaczej nie zwrócą uwagi klientów. Oni żyją z tego, że się wydzierają. 
— Jedno jest pewne: Praca to marnotrawstwo życia - odparłam. I to się wkrótce u mnie przyjęło jako życiowe motto. 
— Jedno jest pewne. Bez pracy nie ma kołaczy. A gdy kołaczy nie ma, nie ma też życia, taka jest kolej rzeczy, Lucy. 
— No wiem, wiem... Ale jeśli mam być szczera.. wolę się uczyć. Od zawsze interesowały mnie techniki tropienia, alchemia... a także co nieco magii i tym podobnym. Ups... jeśli zbyt dużo mówię, to przepraszam. 
— Nic się nie stało. Tacy, jak ty, też są nam potrzebni. Kto wie? Może wyrośniesz na zdolną alchemiczkę albo łowczynię? Najważniejszy jest zapał do nauki, a z resztą nie powinno być problemu. 
— Alchemiczka?? No nie wiem... nie chciałabym watahy wytruć.. a łowczyni? Wątpię, czy zdołałabym ślimaka upolować - zachichotałam. Atrehu jednak spojrzał na mnie. Na twarzy wyraźnie miał wypisaną powagę i pewnego rodzaju... obawę? 
— Z takim nastawieniem to ty niczego nie osiągniesz. Trzeba próbować różne rzeczy, chwytać się ich, a nie z góry zakładać, że coś się nie uda. Życie jest jakie jest, wiem o tym, ale... hmmm... powiedzmy sobie szczerze, że trzeba coś robić. 
— No wiem - powtórzyłam nadąsana nieco, jak niesforny szczeniak — Owszem, trzeba próbować, ale... skąd ja wezmę tę pewność. Może byłabym dobrą... bo ja wiem? Zielarką? Praca chyba nie jest taka zła ani ciężka. 
— No, to jeszcze zobaczymy. A teraz... gdzie podziała się Itami? Hmmm... 
— Tak z ciekawości pytam. Kim jest Itami, jeśli to nie tajemnica, oczywiście.
— Nie, nie jest to tajemnica. To watahowa medyczka i najbliższa memu sercu przyjaciółka. 
Może się i myliłam, ale kiedy samiec mówił o Itami, w jego oczach zalśniło coś, czego jeszcze nie widziałam. Pewna iskra namiętności? Samiec wręcz wypisane miał w oczach emocje, jakimi darzy tę Itami. No proszę... 

< Atrehu? Itami? >
PODSUMOWANIE
Ilość napisanych słów: 
Itami: 355
Lucy: 1577
Ilość zdobytych PD:
Itami: 178 PD + 30 PD + 30% ~ 53 PD
Lucy: 789 PD + 150 PD + 150 % ~ 
1 184 PD
Łącznie:
Itami: 261 PD
Lucy: 2123 PD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz