Nowa zakładka "Kącik Zadań" dla lubiących wyzwania pojawiła się w Off-top! | Zmiana pory roku. Lato zbliża się wielkimi krokami. | ADMINISTACJA PROSI W MIARĘ MOŻLIWOŚCI O PRZYŚPIESZENIU AKCJI WĄTKÓW DO OBECNEJ PORY ROKU LUB DODANIE DO OPOWIADAŃ INFORMACJI, W JAKIM CZASIE DZIEJE SIĘ AKCJA WĄTKU | THE KINGDOM OF BLOOD zaprasza do siebie! | Miła atmosfera, kochani członkowie. | Poszukujemy nowych członków! | Chętnie zawieramy sojusze! Wystarczy zostawić komentarz w zakładce: Współpraca | Jeśli masz ochotę popisać, nie krępuj się! | Zapraszamy na Discroda, gdzie jest nas dużo więcej! | Nie musisz dołączać do bloga, wystarczy nam Twoja obecność na serwerze!

czwartek, 8 stycznia 2026

Od Lucy ciąg dalszy Bruno ~ "Pod jednym księżycem"

Słońce w końcu wyłoniło się znad horyzontu, przesączając się przez osłonięte prześwitującą firanką okno. Jak na jego wezwanie, otworzyłam oczy i zamyślona wpatrywałam się w punkt ponad powałą. Nadal towarzyszyła mi ta obcość, kiedy w końcu podjęłam decyzję, by pozostać w Dailoran. Wczorajszego dnia miałam kompletnie zajęty grafik; Najpierw zapoznać się z obowiązującym tutaj prawem, zaliczyć audiencję z Alfą, którą zaliczyłabym do największej porażki dnia. Salem nie potrafił utrzymać pohamować swojego spojrzenia... wręcz rozbierał mnie nim, zatrzymując go to tu, to tam, dokładnie zbadał mój biust, krągłości koło ogona, a do tego mówił do mnie, jakbym stała pod latarnią. Przymilał się, proponował wspólne spacery wokół wystawnego ogrodu, wizyty w jego rozległych komnatach, pełnych drogocennych futer, ornamentowanych mebli i widokiem skierowanym na góry. Odmówiłam mu, najgrzeczniej jak umiałam, ale ten jakby w ogóle tego nie usłyszał. Perorował bez ustanku o szczęściu przy jego boku, gdybym zgodziła się zająć miejsce jego osobistej faworytki. Ciekawa byłam, czy każdej chętnej do dołączenia do Dailoran proponuje coś takiego? Nie miałam pojęcia, ale wychodząc z pałacu tego starucha, ulga ogarnęła mnie niesamowita. Podpisałam, co miałam podpisać. Powiedziałam, co miałam powiedzieć i basta. Potem nadszedł czas zwiedzania okolicy, przez co wróciłam wyczerpana, jak bateria. Nawet głodna zbytnio nie byłam, miałam ochotę jedynie opaść na łóżko - które swoją drogą było nawet wygodne - i tak oto przywitałam następny dzień z nieznośnym marszem w kiszkach. Głód był jedynym pretekstem do tego, by zrzucić z siebie przyjemnie ciepłą pościel, wstać - zrobiłam to z niebywałym trudem - i ruszyć ku drzwiom, które prowadziły na korytarz wyższej kondygnacji gospody i zejść na dół, na ubogie śniadanie - bo tylko na takie było mnie stać. Kelnerka podała mi miękkie bułki, posmarowane masłem i żółtym, topionym serem. Lepsze to niż nic, a przynajmniej do czasu, aż nie zdobędę czegoś lepszego do jedzenia. Po posiłku wyszłam na ulicę Varony, niezwykle gwarnej i zatłoczonej. Większość gdzieś się śpieszyła, nie wiadomo gdzie, inni przystali na chwilę, w towarzystwie bliskich i o czymś żywo rozmawiali, a ja sama nawet nie wiedziałam, co powinnam uczynić. 
— Panienka idzie w stronę Dailoran? - zapytał nagle gospodarz karczmy, wychylając głowę w wejściu. 
— Powiedzmy - odparłam obracając się w jego stronę. — Czy coś się stało? 
— Jakby panienka była tak miła i przyniosła troszkę wody we wiadrze? Potrzebuję jej do zupy. 
Uniosłam lekko brew. W tym dniu nie miałam zamiaru niczego dźwigać, a tym bardziej słuchać czyichś poleceń. 
— Czemu nie pośle pan po wodę kogoś innego? Na przykład kelnerki. 
— Tego ranka mamy sporo pracy, klienci się zlecieli jak muchy i nie mogę wyrobić z zamówieniami. No, proszę panienkę. Zapłacę. 
— Aaa, skoro tak pan stawia sprawę. 
Przyjęłam od niego puste wiadro i powędrowałam w stronę jeziora, które akurat lśniło w świetle słońca. Niedaleko zaś wojownicy z Dailoran urządzili sobie poligon do swoich codziennych ćwiczeń. Po zaczerpnięciu wody, podeszłam bliżej, aby przyjrzeć się sztuce walki i podziwiać prężne mięśnie, pracujące pod warstwą bujnych sierści. Ułożywszy się wygodnie na niewielkim pagórku, obserwowałam, jak wojownicy, niczym psotne szczeniaki, biegali to tu, to tam, dysząc i prychając ze wściekłości. 
— Oho, coś się musiało stać - mruknęłam do siebie, wpatrując się w poczynania wojowników. Jeden nawet przyciągnął przyciągnął moją uwagę. Miał bujne futro, czarne jak najczarniejsza noc, oczy złote jak dwa samorodki. Kiedy wykonał ostatnie okrążenie wokół poligonu, przystanął na chwilę. Wyhamował z takim impetem, że niemal przysiadł na ziemi. Łapy miał masywne i długie, dźwigające równie dobrze zbudowany tułów. Imponująca sylwetka, pomyślałam w duchu. Pomyślałam, że podejdę do niego, dam mu się napić. 
— Hej mała. Jesteś tu całkiem sama? - zapytał kiedy na mnie spojrzał. Zmrużyłam lekko oczy, zastanawiając się nad odpowiedzią. Był bezczelny. Zresztą to typowe u wojowników, którym brak podstawowej ogłady. 
— Spójrz na siebie, nie jestem mała - odparłam, chowając jednak urazę głęboko w sobie. Może początek nie był udany, ale to nie oznacza, że wszystko było stracone. — A co do mnie, jestem po prostu niska. Chciałbyś się napić? 
— Zleciałaś mi z nieba. 

poniedziałek, 5 stycznia 2026

Od Itami | Lucy ciąg dalszy Atrehu ~ "Druga strona róży"

Itami

A więc postanowione. Wzięli jeszcze tylko najpotrzebniejsze według nich rzeczy z domu - Itami swoją niezastąpioną torebkę na udo oraz trochę gotówki - po czym wyszli na drogę, prowadzącą przez las do miasta. W trakcie drogi nie spotkało ich nic nadzwyczajnego, ot śpiewająca zgraja słowików, skryta wśród listowi, widzieli też stado jeleni, pasące się na bujnie ukwieconej łące. Mijali grupkę znajomych wilków, wędrownych handlarzy - który jeden z nich nawet zaczepił Itami, starając się zainteresować ją swoim asortymentem - a Itami zadowalał fakt, że wszyscy byli w dziwnie dobrych humorach. Słońce rozświecało okoliczne łąki, rzucało ciepłe promienie na las, czegoż można więcej o życia chcieć? I do tego wędrowała u boku najprzystojniejszego samca na świecie, nawet w najśmielszych snach nie marzyła o takim samcu. Kochała go mocno i pragnęła, by pozostał z nią na zawsze. Póki ich śmierć nie rozłączy, jak mawiają miejscowi. Bywały jednak chwile, gdy Itami podejrzewała Atrehu o rozwiązłość - tacy samce, jak on, zapewne pragną w życiu więcej, niż jedną waderę - ale przypominała sobie wtedy, że sama praktykuje poligamię. Nie miałaby żalu do Atrehu, gdyby do szczęścia znalazł sobie jeszcze jedną samicę. Być może prędzej dałaby mu przecudowne szczenięta, na które Itami nie potrafiła się zdecydować - szczeniaki to ogromny obowiązek, wyrzeczenie i poświęcenie. Tak bardzo chciała mu dać tyle szczeniaków, ile by sobie wymarzył, była na to gotowa, ale ta niepewność pozostaje i rzuca na nią swój ogromny cień. Całe jej życie polegało na niepewności, lęku o to, co przyniesie jej przyszłość... 
Jedynie, czego teraz pragnęła, to przytulić się do najprzystojniejszego samca, jakiego nosiła ta przeklęta ziemia. Wskoczyła Atrehu na grzbiet i chichocząc wesoło, wtuliła policzek w bujne futro na szyi samca. Atrehu odwrócił się tylko, powoli i z wyczuciem, i posłał Itami zadowolone spojrzenie. Mówiło ono, że jeszcze tej nocy zajmą się sobą, w ciepłym łóżku, pod kołdrą z wyszytych futer.  
Itami momentalnie zapragnęła tej bliskości, całą sobą, każda komórka jej ciała pragnęła miłości. 
Kiedy zbliżali się do zachodniego skraju lasu, ich oczom ujawniły się wysokie mury Varony. Niewyraźne słupy burego dymu, wydobywającego się z kominów przyciśniętych do siebie budynków, utwierdziły Itami w przekonaniu, że wszystko jest tak, jak powinno być. Varono, już się zbliżamy.

Lucy
To był ten dzień, kiedy na dobre miałam opuścić mury ponurej rzeczywistości, by wstąpić w kolejną, jeszcze gorszą. I stałam tak na wybrukowanej ulicy, kompletnie zdezorientowana, mając przed sobą obszerny plac miejski, po którym, jak mrówki, pędziły inne wilki. Po co? Sama nie wiedziałam, ale jedno, co muszę przyznać - niepokój rozrastał się we mnie z każdą chwilą. Gdzie ja mam iść? Dokąd się zwrócić o pomoc? Głowę miałam kompletnie pustą, emocje buzowały we mnie, niczym piana dobrego piwa. Bo i dlaczego miałabym czuć się inaczej - nie wiem o tym miejscu nic. Nic! Nie znałam nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić, żadnych przyjaciół...ani wrogów. 
Zrobiłam kilka kroków. Od czegoś trzeba było zacząć. Rozejrzałam się wokół. Jedynie, co rzuciło mi się w oczy, to tętniąca życiem karczma - jedyna duma tego zawszonego miasta. Było jednak coś, na co w tamtym momencie, nie zwracałam uwagi. Byłam wolna. Wtedy pragnęłam jednego - bezpiecznego schronienia, miejsca, gdzie mogłabym się zatrzymać na dłużej. Nie zwróciłam nawet uwagi, jak zmierzałam właśnie w kierunku "Prymusa". Wtedy pomyślałam nawet, że to właśnie to miejsce, gdzie powinnam szukać takiego miejsca. Plan był taki. 
Poproszę właściciela o pracę. Jeśli uda mi się go ubłagać, będę miała stałe źródło dochodu - jeśli w ogóle się spiszę w tej pracy. Kiepska byłaby ze mnie kelnerka - w stresie, łapy plątały się mi, jak frygi i do tego skazałabym się na publiczną kompromitację. 
Ponad trzydzieści razy i o jeden raz więcej próbowałam sobie wpoić, że sytuacja wcale nie jest taka opłakana, jak mi się wtedy wydawało - Wiem, nie jestem dobra w pozytywnym myśleniu. 
Nie wiedziałam gdzie idę i tylko cud uchronił mnie przed wpadnięciem do fontanny, w której pływała ławica różnokolorowych rybek. 

Od Bruno do Lucy ~ "Pod jednym księżycem"

Każda piękna historia ma swój początek. A początek historii Bruno? Cóż... Sama jego historia była raczej… specyficzna. Bruno urodził się jako jedynak. Niczego mu nie brakowało. Matka rozpieszczała go, a ojciec dbał o to, by pojawiło się u niego zamiłowanie do walki i rozlewu krwi. Cóż, można rzec, że stali się to nieco zbyt wcześnie. Bruno od małego często wszczynał bójki. Podczas zabawy, był nieco zbyt brutalny. Niejeden jego rówieśnik ucierpiał podczas zabawy z nim. Głęboko wbite zęby, naderwane ucho. Trwało to tak długo, że większość par w stadzie surowo zabroniła swoim potomkom zabawy z Brunem. Umbor postanowił, by oddać syna szybciej pod szkolenie. To właśnie tam wszystko znacznie się pogorszyło. Bruno wpadł w towarzystwo łowców, którzy nie grzeszyli dobrymi manierami. Każde udane łowy, były wieczorami świętowane w karczmie. Ach, jakież to było piękne życie dla samca. Te piękne panie, które zabawiały go rozmową, litry trunków procentowych, które wprowadzały go w cudowny stan upojenia. Wszystko wydawało się takie idealne. Jednak wszystko, co dobre, musi się kończyć, prawda?
Leo, największy adorator pięknych wader, który potrafił skłonić kilka pań na wspólną noc w tym samym czasie, stracił głowę dla biednej nowo przybyłej samicy. Nie była nawet w połowie tak piękna, jak te, które zawsze mu towarzyszyły.
Andre, założył rodzinę, gdzie zawsze wspominał, że jest samotnym kowalem własnego losu.
Zett, który miał mocną głowę i wlewał w siebie litry procentów, stwierdził, że pora stać się abstynentem, ponieważ spodobał mu się jakiś młody samiec.
Bruno został sam. Wszyscy, z którymi spędzał wieczory, nagle mieli lepsze plany. Chodzenie do karczmy samemu nie było dla Bruna. On był duszą towarzystwa, a samotność? Nie była dla niego. Dlatego Bruno podjął decyzję. Odchodzi. Pożegnał matkę i młodsze rodzeństwo. Obiecał, że będzie pisać i kiedyś ich odwiedzi.
Dni mijały. Bruno poznawał na przystankach sporo ciekawych wilków. Jeden z nich wskazał mu kierunek.
— Idź na południe. Przejdziesz przez las Kirana. Tam znajdziesz miasto Varona.
Bruno był wdzięczny za wskazówkę. Posłuchaj wilka i tak znalazł się w Varonie. Jako iż był zmęczony, postanowił skorzystać z karczmy. Wynajął pokój, a wieczorem postanowił spróbować lokalnych trunków. Skończyło się na tym, że pobił się z jakimś wilkiem. Bruno nie pamiętał, o co poszło. Może go obraził albo podrywał jego siostrę bądź partnerkę. Było to mało istotne. Bruno i nieznajomego odciągnął od siebie jakiś inny wilk, wojownik. Warknął do Bruna, że jeśli ma za dużo energii, by się do czegoś przydał i stał się wojownikiem. O dziwo dotarło to do pijanego umysłu Bruno. Następnego dnia Bruno zgłosił się do lokalnej watahy i zaciągnął na stanowisko wojownika. Bruno został przyjęty, zarówno do branży wojowników, jak i watahy. Tak zaczęła się jego historia w watasze.
*

Od Renesmee ciąg dalszy Kaberu ~ "Tam gdzie nieodkryty ląd"

Renesmee z trudem panowała nad swoimi emocjami. Zazwyczaj zachowanie neutralnej obojętności przychodziło jej z łatwością, lecz teraz, gdy Kaberu z zabójczą skutecznością wybił ją ze strefy opanowania, którą zazwyczaj mistrzowsko trzymała, trudno było jej znów w nią wejść. Niekontrolowany rumieniec skrywał się na jej policzkach pod szarym futrem, głos lekko zacinał się podczas wypowiadania kolejnych zdań. Rene nie poznawała samej siebie. Po raz pierwszy zachowywała się w ten sposób. Czuła się tak, jakby nagle wróciła do młodzieńczych lat, choć nawet wtedy nie czuła się aż tak zawstydzona z powodu tego rodzaju rozmowy, jeśli można określić ich wymianę zdań w ten sposób. Rozmowa może flirt? Rene nie była pewna. Przez całe życie, żyła dla innych. Nie skupiała się na własnych potrzebach. Na początku poświęcała się dla watahy, a gdy pojawił się mały Niko, skupiła się na jego wychowaniu. A teraz? Była zaskoczona, że w pewien sposób rozważała jego propozycję w duchu. Miała tylko nadzieję, że jej towarzysz tego nie zauważy. Nie chciałaby wyjść na zdesperowaną. Może faktycznie zbyt długo zapominała o samej sobie. Pora stać się egoistką, chociaż w najmniejszym stopniu.
— Masz rację. Czas wszystko pokaże. - odparła, obdarowując go lekkim uśmiechem i wróciła do posiłku. Czasami zerkała na basiora kątem oka. Uważnie pilnowała, by nie została złapana na gorącym uczynku. Musiała przyznać, Kaberu miał swój urok. W niecodzienny sposób przyciągał spojrzenie, a Rene czuła się trochę zagubiona w tym. Może to pierwsze swego rodzaju zauroczenie po tak długim czasie? Może dlatego go nie rozpoznaje?
~ Zbyt dużo myślisz Rene.~ zganiła siebie samą w myślach i dokończyła posiłek.
— Sprawnie ci to idzie. Myślałem, że zaproponuję ci pomóc. - odparł Kaberu z uśmiechem. Renesmee podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się dobitnie.
— Jeśli byś spróbował, straciłbyś łapę, albo dwie, jeśli dobrze bym wymierzyła atak. - odparła Renesmee, a Kaberu zaśmiał się wesoło na jej jakże poważną groźbę.
— Masz charakter, co? - spytał wesoło samiec.
— A myślisz, że dlaczego jestem sama? Ciężko znaleźć samca, który by mnie zniósł. Mam charakter, który idealnie odstrasza potencjalnych idiotów. - odparła silnie Renesmee, a śmiech Kaberu znów wypełnił bar. Nie wiedzieć czemu Renesmee czuła się dumna, że wywołała śmiech samca. To było dziwne poczucie, ale wydawało się też na swój sposób właściwe.
— Powinienem sobie to zanotować. - wyznał wesoło Kaberu.
— Jestem pewna, że będziesz pamiętać. - odparła Renesmee i puściła do niego oko. Wzięła kufel i upiła kolejny łyk soku. Między nimi zapadła chwila ciszy. Rene skupiała się na kuflu, ale czuła jak samiec się w nią wpatruje. Czuła się nieco nerwowo.
— Co byś zrobił, gdybym odpowiedziała? - spytała, zanim zdążyła się powstrzymać.
— Co masz na myśli? - spytał Kaberu, przechylając głowę.

niedziela, 4 stycznia 2026

Od Atrehu ciąg dalszy Itami ~ "Druga strona róży"

Odwróciłem wzrok, bo patrzenie jej prosto w oczy w tej chwili było jak rozbrajanie własnych murów. ~ Moja mała, zołzowata Róża. ~ pomyślałem, patrząc jej głęboko w oczy. Bycie Alfą… nie, to nigdy nie był mój cel. Może miałem w sobie tę iskrę, to coś, co sprawiało, że inni chętnie podążali za moim głosem — ale od zawsze uczono mnie, że moje miejsce jest przy boku przywódcy, nie na jego tronie. Miałem być Betą. Cichym filarem, prawą łapą przywódcy, który kroczy obok niego i zna wszystkich członków watahy, ale nie staje w świetle. Wszystko było już ustalone. Tytuł miał być mój — choć wciąż nie wiem, czy bardziej zasłużony, czy narzucony. W końcu to ojciec podjął taką decyzję, a ja się nie sprzeciwiałem. Ale wtedy mój brat odebrał mi wszystko jednym rozkazem. Wygnanie. Wyrzucił mnie z własnej watahy, tak, jakby usuwał kamień spod łapy. I to za coś, czego nie zrobiłem.
A Liliana… ach, Liliana. W tamtym czasie była jak cień przy moim boku, niby gotowa, by zostać moją partnerką, by wejść ze mną w nowe życie. Chodziła za mną, uwodziła, aż w końcu dałem jej to, czego chciała. Tak zażekała, że było cudownie, tak pragnęła więcej. A potem, kiedy dym jeszcze unosił się po moim upadku, kiedy kurz nie zdążył opaść, ona już zmieniła obiekt zainteresowania. Mój brat, nowy Alfa — on stał się jej kolejną sceną, na której mogła grać swój anielski spektakl. Powinienem czuć ulgę. I w pewnym sensie czułem — bo być partnerem Liliany to jak trzymać w pysku płonącą pochodnię. Niejednokrotnie czułem, jak niewidzialny węzeł zaciska się ma mej szyi. Wiedziałem jednak jedno. Od chwili, gdy pierwszy raz spojrzała na mnie tym spojrzeniem łowcy: ona jeszcze się o mnie upomni. Wspomnienie wróciło z ostrym jak nóż błyskiem. Początek, gdy zdałem sobie sprawę z jej prawdziwej natury.
Było wtedy Święto Parzenia — czas, gdy wilki odnajdywały swoje przeznaczone, łączyły się w pary, ślubowały sobie wierność. Wataha pulsowała życiem. Śmiechy, pieśni, zapach świeżej krwi z ofiarnego posiłku mieszał się z aromatem jesieni. Chłodny wieczór otulał mnie jak cienki płaszcz, a nad głową migotały gwiazdy. Liście — złote, rdzawe — piętrzyły się na drogach i trzeszczały pod łapami.
Stałem z boku, nie szukając pary ani rytuału. Obserwowałem, jak inni patrzą na siebie spojrzeniami pełnymi czułości. I wtedy ona przyszła. Liliana. Niby przyjaciółka, a jednak utrapienie, którego pragnąłem się pozbyć. Zawsze pojawiała się tak cicho, że można by przysiąc, iż wyłoniła się z powietrza. Wszyscy widzieli delikatną, łagodną samicę o miękkim spojrzeniu, głosie jak melodia i ruchach tak lekkich, że wyglądały na utkane z mgły. „Anioł” — tak o niej mówili. Ale ja wiedziałem lepiej. Widziałem, jak pod tą cichą powierzchnią pełza żmija. Jak drobnym uśmiechem potrafiła wbić jad w czyjeś życie. Jak potrafiła szeptać czułe słówka, jednocześnie rozplątując komuś grunt pod łapami.
Nie spodziewałem się jednak, że to ja stanę się jej celem.
Stanęła za mną, a zanim się odwróciłem, poczułem jej palce na karku. Nie było w tym dotyku czułości — tylko władza, jakby sprawdzała, czy kark pęknie, jeśli mocniej przyciśnie. Pochyliła się do mojego ucha, a jej oddech był ciepły, słodkawy od miodowego trunku.
– Niektórzy sądzą, że to przeznaczenie wybiera za nas. - wyszeptała miękko, a każde słowo pieściło powietrze między nami. – Ale ja wiem lepiej… niektóre rzeczy po prostu należy sobie wziąć, zanim zrobi to ktoś inny. - zamilkła na moment, jakby delektowała się moją reakcją, po czym uniosła kącik ust w niewinnym uśmiechu. – Nie martw się, Atrehu… mówię o winie z dzisiejszej ofiary. - a jednak w jej oczach błyszczało coś, co nie miało nic wspólnego z winem. — Widzisz ich? - szepnęła, wskazując na parę zakochanych. — Każdy z nich myśli, że ma coś wyjątkowego. Ale ty… ty jesteś moim wyjątkowym. Moim. - Słowo „moim” wbiło się we mnie jak ząb w szyję. Powoli odsunąłem jej łapę. Wypuściłem powietrze z płuc, aż poczułem, jak klatka piersiowa lekko się zapada. Zrozumiałem, że jej „anioł” to tylko maska, a każde słowo to jednocześnie obietnica i ostrzeżenie. Nie trzeba było znać Liliany długo, żeby dostrzec ten jad — ale trzeba było znać ją dobrze, by wiedzieć, jak go unikać. Ja znałem. I wiedziałem też, że jeśli coś uzna za swoje, nie spocznie, póki tego nie dostanie.

"Wszystko, co czynimy, niech to się dzieje z miłości"

Lucy (Lusi)
Dla przyjaciół Zula, Lucia itp.

Płeć: Wadera | Wiek: 2 lata | Rasa: Wilk | Ranga: Albadio | 
Profesja: Rekrut | Poziom: 1 (0/3000 PD) |

Kontakt: [Gmail] wolfexan999@wp.pl  | [Wattpad] WolfExan |
Autor: Art należy do właściciela postaci.

„Upadam. Wstaję. Walczę dalej”

Bruno
Uno, mały B/duży B, Cień

Płeć: Basior | Wiek: 3 lata | Rasa: Wilk | Ranga: Albadio | 
Profesja: M. wojownik | Poziom: 1 (0/3000 PD) |

Kontakt: [Doggi] Asiulka  | [Howrse] Ashera | [Discord] 9black_wolf6 
Autor: WolfExan