Słońce w końcu wyłoniło się znad horyzontu, przesączając się przez osłonięte prześwitującą firanką okno. Jak na jego wezwanie, otworzyłam oczy i zamyślona wpatrywałam się w punkt ponad powałą. Nadal towarzyszyła mi ta obcość, kiedy w końcu podjęłam decyzję, by pozostać w Dailoran. Wczorajszego dnia miałam kompletnie zajęty grafik; Najpierw zapoznać się z obowiązującym tutaj prawem, zaliczyć audiencję z Alfą, którą zaliczyłabym do największej porażki dnia. Salem nie potrafił utrzymać pohamować swojego spojrzenia... wręcz rozbierał mnie nim, zatrzymując go to tu, to tam, dokładnie zbadał mój biust, krągłości koło ogona, a do tego mówił do mnie, jakbym stała pod latarnią. Przymilał się, proponował wspólne spacery wokół wystawnego ogrodu, wizyty w jego rozległych komnatach, pełnych drogocennych futer, ornamentowanych mebli i widokiem skierowanym na góry. Odmówiłam mu, najgrzeczniej jak umiałam, ale ten jakby w ogóle tego nie usłyszał. Perorował bez ustanku o szczęściu przy jego boku, gdybym zgodziła się zająć miejsce jego osobistej faworytki. Ciekawa byłam, czy każdej chętnej do dołączenia do Dailoran proponuje coś takiego? Nie miałam pojęcia, ale wychodząc z pałacu tego starucha, ulga ogarnęła mnie niesamowita. Podpisałam, co miałam podpisać. Powiedziałam, co miałam powiedzieć i basta. Potem nadszedł czas zwiedzania okolicy, przez co wróciłam wyczerpana, jak bateria. Nawet głodna zbytnio nie byłam, miałam ochotę jedynie opaść na łóżko - które swoją drogą było nawet wygodne - i tak oto przywitałam następny dzień z nieznośnym marszem w kiszkach. Głód był jedynym pretekstem do tego, by zrzucić z siebie przyjemnie ciepłą pościel, wstać - zrobiłam to z niebywałym trudem - i ruszyć ku drzwiom, które prowadziły na korytarz wyższej kondygnacji gospody i zejść na dół, na ubogie śniadanie - bo tylko na takie było mnie stać. Kelnerka podała mi miękkie bułki, posmarowane masłem i żółtym, topionym serem. Lepsze to niż nic, a przynajmniej do czasu, aż nie zdobędę czegoś lepszego do jedzenia. Po posiłku wyszłam na ulicę Varony, niezwykle gwarnej i zatłoczonej. Większość gdzieś się śpieszyła, nie wiadomo gdzie, inni przystali na chwilę, w towarzystwie bliskich i o czymś żywo rozmawiali, a ja sama nawet nie wiedziałam, co powinnam uczynić.
— Panienka idzie w stronę Dailoran? - zapytał nagle gospodarz karczmy, wychylając głowę w wejściu.
— Powiedzmy - odparłam obracając się w jego stronę. — Czy coś się stało?
— Jakby panienka była tak miła i przyniosła troszkę wody we wiadrze? Potrzebuję jej do zupy.
Uniosłam lekko brew. W tym dniu nie miałam zamiaru niczego dźwigać, a tym bardziej słuchać czyichś poleceń.
— Czemu nie pośle pan po wodę kogoś innego? Na przykład kelnerki.
— Tego ranka mamy sporo pracy, klienci się zlecieli jak muchy i nie mogę wyrobić z zamówieniami. No, proszę panienkę. Zapłacę.
— Aaa, skoro tak pan stawia sprawę.
Przyjęłam od niego puste wiadro i powędrowałam w stronę jeziora, które akurat lśniło w świetle słońca. Niedaleko zaś wojownicy z Dailoran urządzili sobie poligon do swoich codziennych ćwiczeń. Po zaczerpnięciu wody, podeszłam bliżej, aby przyjrzeć się sztuce walki i podziwiać prężne mięśnie, pracujące pod warstwą bujnych sierści. Ułożywszy się wygodnie na niewielkim pagórku, obserwowałam, jak wojownicy, niczym psotne szczeniaki, biegali to tu, to tam, dysząc i prychając ze wściekłości.
— Oho, coś się musiało stać - mruknęłam do siebie, wpatrując się w poczynania wojowników. Jeden nawet przyciągnął przyciągnął moją uwagę. Miał bujne futro, czarne jak najczarniejsza noc, oczy złote jak dwa samorodki. Kiedy wykonał ostatnie okrążenie wokół poligonu, przystanął na chwilę. Wyhamował z takim impetem, że niemal przysiadł na ziemi. Łapy miał masywne i długie, dźwigające równie dobrze zbudowany tułów. Imponująca sylwetka, pomyślałam w duchu. Pomyślałam, że podejdę do niego, dam mu się napić.
— Hej mała. Jesteś tu całkiem sama? - zapytał kiedy na mnie spojrzał. Zmrużyłam lekko oczy, zastanawiając się nad odpowiedzią. Był bezczelny. Zresztą to typowe u wojowników, którym brak podstawowej ogłady.
— Spójrz na siebie, nie jestem mała - odparłam, chowając jednak urazę głęboko w sobie. Może początek nie był udany, ale to nie oznacza, że wszystko było stracone. — A co do mnie, jestem po prostu niska. Chciałbyś się napić?
— Zleciałaś mi z nieba.
czwartek, 8 stycznia 2026
Od Lucy ciąg dalszy Bruno ~ "Pod jednym księżycem"
poniedziałek, 5 stycznia 2026
Od Itami | Lucy ciąg dalszy Atrehu ~ "Druga strona róży"
Itami
A więc postanowione. Wzięli jeszcze tylko najpotrzebniejsze według nich rzeczy z domu - Itami swoją niezastąpioną torebkę na udo oraz trochę gotówki - po czym wyszli na drogę, prowadzącą przez las do miasta. W trakcie drogi nie spotkało ich nic nadzwyczajnego, ot śpiewająca zgraja słowików, skryta wśród listowi, widzieli też stado jeleni, pasące się na bujnie ukwieconej łące. Mijali grupkę znajomych wilków, wędrownych handlarzy - który jeden z nich nawet zaczepił Itami, starając się zainteresować ją swoim asortymentem - a Itami zadowalał fakt, że wszyscy byli w dziwnie dobrych humorach. Słońce rozświecało okoliczne łąki, rzucało ciepłe promienie na las, czegoż można więcej o życia chcieć? I do tego wędrowała u boku najprzystojniejszego samca na świecie, nawet w najśmielszych snach nie marzyła o takim samcu. Kochała go mocno i pragnęła, by pozostał z nią na zawsze. Póki ich śmierć nie rozłączy, jak mawiają miejscowi. Bywały jednak chwile, gdy Itami podejrzewała Atrehu o rozwiązłość - tacy samce, jak on, zapewne pragną w życiu więcej, niż jedną waderę - ale przypominała sobie wtedy, że sama praktykuje poligamię. Nie miałaby żalu do Atrehu, gdyby do szczęścia znalazł sobie jeszcze jedną samicę. Być może prędzej dałaby mu przecudowne szczenięta, na które Itami nie potrafiła się zdecydować - szczeniaki to ogromny obowiązek, wyrzeczenie i poświęcenie. Tak bardzo chciała mu dać tyle szczeniaków, ile by sobie wymarzył, była na to gotowa, ale ta niepewność pozostaje i rzuca na nią swój ogromny cień. Całe jej życie polegało na niepewności, lęku o to, co przyniesie jej przyszłość...
Jedynie, czego teraz pragnęła, to przytulić się do najprzystojniejszego samca, jakiego nosiła ta przeklęta ziemia. Wskoczyła Atrehu na grzbiet i chichocząc wesoło, wtuliła policzek w bujne futro na szyi samca. Atrehu odwrócił się tylko, powoli i z wyczuciem, i posłał Itami zadowolone spojrzenie. Mówiło ono, że jeszcze tej nocy zajmą się sobą, w ciepłym łóżku, pod kołdrą z wyszytych futer.
Itami momentalnie zapragnęła tej bliskości, całą sobą, każda komórka jej ciała pragnęła miłości.
Kiedy zbliżali się do zachodniego skraju lasu, ich oczom ujawniły się wysokie mury Varony. Niewyraźne słupy burego dymu, wydobywającego się z kominów przyciśniętych do siebie budynków, utwierdziły Itami w przekonaniu, że wszystko jest tak, jak powinno być. Varono, już się zbliżamy.
Zrobiłam kilka kroków. Od czegoś trzeba było zacząć. Rozejrzałam się wokół. Jedynie, co rzuciło mi się w oczy, to tętniąca życiem karczma - jedyna duma tego zawszonego miasta. Było jednak coś, na co w tamtym momencie, nie zwracałam uwagi. Byłam wolna. Wtedy pragnęłam jednego - bezpiecznego schronienia, miejsca, gdzie mogłabym się zatrzymać na dłużej. Nie zwróciłam nawet uwagi, jak zmierzałam właśnie w kierunku "Prymusa". Wtedy pomyślałam nawet, że to właśnie to miejsce, gdzie powinnam szukać takiego miejsca. Plan był taki.
Poproszę właściciela o pracę. Jeśli uda mi się go ubłagać, będę miała stałe źródło dochodu - jeśli w ogóle się spiszę w tej pracy. Kiepska byłaby ze mnie kelnerka - w stresie, łapy plątały się mi, jak frygi i do tego skazałabym się na publiczną kompromitację.
Ponad trzydzieści razy i o jeden raz więcej próbowałam sobie wpoić, że sytuacja wcale nie jest taka opłakana, jak mi się wtedy wydawało - Wiem, nie jestem dobra w pozytywnym myśleniu.
Nie wiedziałam gdzie idę i tylko cud uchronił mnie przed wpadnięciem do fontanny, w której pływała ławica różnokolorowych rybek.
Od Bruno do Lucy ~ "Pod jednym księżycem"
Od Renesmee ciąg dalszy Kaberu ~ "Tam gdzie nieodkryty ląd"
— Masz rację. Czas wszystko pokaże. - odparła, obdarowując go lekkim uśmiechem i wróciła do posiłku. Czasami zerkała na basiora kątem oka. Uważnie pilnowała, by nie została złapana na gorącym uczynku. Musiała przyznać, Kaberu miał swój urok. W niecodzienny sposób przyciągał spojrzenie, a Rene czuła się trochę zagubiona w tym. Może to pierwsze swego rodzaju zauroczenie po tak długim czasie? Może dlatego go nie rozpoznaje?
~ Zbyt dużo myślisz Rene.~ zganiła siebie samą w myślach i dokończyła posiłek.
— Sprawnie ci to idzie. Myślałem, że zaproponuję ci pomóc. - odparł Kaberu z uśmiechem. Renesmee podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się dobitnie.
— Jeśli byś spróbował, straciłbyś łapę, albo dwie, jeśli dobrze bym wymierzyła atak. - odparła Renesmee, a Kaberu zaśmiał się wesoło na jej jakże poważną groźbę.
— Masz charakter, co? - spytał wesoło samiec.
— A myślisz, że dlaczego jestem sama? Ciężko znaleźć samca, który by mnie zniósł. Mam charakter, który idealnie odstrasza potencjalnych idiotów. - odparła silnie Renesmee, a śmiech Kaberu znów wypełnił bar. Nie wiedzieć czemu Renesmee czuła się dumna, że wywołała śmiech samca. To było dziwne poczucie, ale wydawało się też na swój sposób właściwe.
— Powinienem sobie to zanotować. - wyznał wesoło Kaberu.
— Jestem pewna, że będziesz pamiętać. - odparła Renesmee i puściła do niego oko. Wzięła kufel i upiła kolejny łyk soku. Między nimi zapadła chwila ciszy. Rene skupiała się na kuflu, ale czuła jak samiec się w nią wpatruje. Czuła się nieco nerwowo.
— Co byś zrobił, gdybym odpowiedziała? - spytała, zanim zdążyła się powstrzymać.
— Co masz na myśli? - spytał Kaberu, przechylając głowę.
niedziela, 4 stycznia 2026
Od Atrehu ciąg dalszy Itami ~ "Druga strona róży"
A Liliana… ach, Liliana. W tamtym czasie była jak cień przy moim boku, niby gotowa, by zostać moją partnerką, by wejść ze mną w nowe życie. Chodziła za mną, uwodziła, aż w końcu dałem jej to, czego chciała. Tak zażekała, że było cudownie, tak pragnęła więcej. A potem, kiedy dym jeszcze unosił się po moim upadku, kiedy kurz nie zdążył opaść, ona już zmieniła obiekt zainteresowania. Mój brat, nowy Alfa — on stał się jej kolejną sceną, na której mogła grać swój anielski spektakl. Powinienem czuć ulgę. I w pewnym sensie czułem — bo być partnerem Liliany to jak trzymać w pysku płonącą pochodnię. Niejednokrotnie czułem, jak niewidzialny węzeł zaciska się ma mej szyi. Wiedziałem jednak jedno. Od chwili, gdy pierwszy raz spojrzała na mnie tym spojrzeniem łowcy: ona jeszcze się o mnie upomni. Wspomnienie wróciło z ostrym jak nóż błyskiem. Początek, gdy zdałem sobie sprawę z jej prawdziwej natury.
Było wtedy Święto Parzenia — czas, gdy wilki odnajdywały swoje przeznaczone, łączyły się w pary, ślubowały sobie wierność. Wataha pulsowała życiem. Śmiechy, pieśni, zapach świeżej krwi z ofiarnego posiłku mieszał się z aromatem jesieni. Chłodny wieczór otulał mnie jak cienki płaszcz, a nad głową migotały gwiazdy. Liście — złote, rdzawe — piętrzyły się na drogach i trzeszczały pod łapami.
Stałem z boku, nie szukając pary ani rytuału. Obserwowałem, jak inni patrzą na siebie spojrzeniami pełnymi czułości. I wtedy ona przyszła. Liliana. Niby przyjaciółka, a jednak utrapienie, którego pragnąłem się pozbyć. Zawsze pojawiała się tak cicho, że można by przysiąc, iż wyłoniła się z powietrza. Wszyscy widzieli delikatną, łagodną samicę o miękkim spojrzeniu, głosie jak melodia i ruchach tak lekkich, że wyglądały na utkane z mgły. „Anioł” — tak o niej mówili. Ale ja wiedziałem lepiej. Widziałem, jak pod tą cichą powierzchnią pełza żmija. Jak drobnym uśmiechem potrafiła wbić jad w czyjeś życie. Jak potrafiła szeptać czułe słówka, jednocześnie rozplątując komuś grunt pod łapami.
Nie spodziewałem się jednak, że to ja stanę się jej celem.
Stanęła za mną, a zanim się odwróciłem, poczułem jej palce na karku. Nie było w tym dotyku czułości — tylko władza, jakby sprawdzała, czy kark pęknie, jeśli mocniej przyciśnie. Pochyliła się do mojego ucha, a jej oddech był ciepły, słodkawy od miodowego trunku.
– Niektórzy sądzą, że to przeznaczenie wybiera za nas. - wyszeptała miękko, a każde słowo pieściło powietrze między nami. – Ale ja wiem lepiej… niektóre rzeczy po prostu należy sobie wziąć, zanim zrobi to ktoś inny. - zamilkła na moment, jakby delektowała się moją reakcją, po czym uniosła kącik ust w niewinnym uśmiechu. – Nie martw się, Atrehu… mówię o winie z dzisiejszej ofiary. - a jednak w jej oczach błyszczało coś, co nie miało nic wspólnego z winem. — Widzisz ich? - szepnęła, wskazując na parę zakochanych. — Każdy z nich myśli, że ma coś wyjątkowego. Ale ty… ty jesteś moim wyjątkowym. Moim. - Słowo „moim” wbiło się we mnie jak ząb w szyję. Powoli odsunąłem jej łapę. Wypuściłem powietrze z płuc, aż poczułem, jak klatka piersiowa lekko się zapada. Zrozumiałem, że jej „anioł” to tylko maska, a każde słowo to jednocześnie obietnica i ostrzeżenie. Nie trzeba było znać Liliany długo, żeby dostrzec ten jad — ale trzeba było znać ją dobrze, by wiedzieć, jak go unikać. Ja znałem. I wiedziałem też, że jeśli coś uzna za swoje, nie spocznie, póki tego nie dostanie.
"Wszystko, co czynimy, niech to się dzieje z miłości"
Płeć: Wadera | Wiek: 2 lata | Rasa: Wilk | Ranga: Albadio |
Profesja: Rekrut | Poziom: 1 (0/3000 PD) |
Kontakt: [Gmail] wolfexan999@wp.pl | [Wattpad] WolfExan |
Autor: Art należy do właściciela postaci.
„Upadam. Wstaję. Walczę dalej”
Płeć: Basior | Wiek: 3 lata | Rasa: Wilk | Ranga: Albadio |
Profesja: M. wojownik | Poziom: 1 (0/3000 PD) |
Kontakt: [Doggi] Asiulka | [Howrse] Ashera | [Discord] 9black_wolf6
Autor: WolfExan
piątek, 26 grudnia 2025
Od Kaberu ciąg dalszy Renesmee ~ "Tam, gdzie nieodkryty ląd"
Kaberu uśmiechnął się na dźwięk propozycji dalszego zwiedzania. Chciał nawet zaprosić waderę na wspólny posiłek do karczmy. Żeby lepiej ją poznać, zapytać o pewne szczegóły, którymi mogłaby się z nim podzielić.
— A więc już planujesz nam więcej wspólnych przygód?
— Kto wie. - Odparła wadera, wymijając go zgrabnym krokiem. — Czas to okaże. Prawda?
Zawiesiła na nim spojrzenie, dłużej niż wymagała tego sytuacja. Kaberu zaczął więc zastanawiać się, czy w ten sposób, Reneesme nie proponuje mu czegoś więcej, niż zwyczajną przechadzkę. Może będzie gotowa nawet wyprawić się z nim na jakąś misję, aby wspólnie zarobić kilka groszy. Była też przyjemną towarzyszką, nie tylko do rozmowy, ale kto wie? Może i nawet byłaby z niej wspaniała współpracowniczka. Wydawała się być rozumna, bystra, a na dodatek wiek nie odebrał jej urody, ani na jotę. Na twarzy nie widział ani jednej zmarszczki, była więc urodziwa i... co tu dużo gadać. Umiała wzbudzić wyobraźnię swoim stylem bycia. A on? Kaberu też nie narzekał na swoją urodę, był przystojny, podobał się waderom - widział to niejednokrotnie, ale udawał nieświadomego.
— Prawda - rzucił w jej stronę spojrzenie pełne zawadiackiego uroku — jeżeli chcesz, razem możemy coś zdziałać. Weźmy się za coś, na przykład za to.
To oznajmiwszy, chwycił za skrawek papieru, przypiętego do biuletynu, tablicy ogłoszeń, czy jak to tam zwano, po czym podał go waderze.
Amia - Zrozpaczona i pełna nadziei, matka zagubionego"
środa, 10 grudnia 2025
Od Kaberu ciąg dalszy Asenath ~ "Coś się kończy, coś się zaczyna"
Walka była ostra, ale też nieunikniona. Gdyby była ona nie była tego warta, Kaberu nie zawracał nią sobie głowy, ale za kogo wzięłaby go towarzysząca mu Asenath? Być może był to akt szaleństwa, ale nie po to w pocie czoła zaliczyli wieczorne polowanie, by teraz ot tak, oddać ofiarę bandzie gryfów. Jeden nawet dziabnął Kaberu w grzbiet, ból był nie tylko paraliżujący, wytrącał też z równowagi, dezorganizował go. Poczuł rozlewającą się po jego grzbiecie wilgoć, a metaliczny zapach juchy już rozniósł się po lesie, ale nadal trzymał się na łapach. Krzyki gryfów, przywodzące na myśl orle zawodzenie, zapewne słyszało każde stworzenie w promilu kilku kilometrów. Takiego zgiełku i tumultu jeszcze nigdy nie widział, ale na pewno nie da za wygraną tak łatwo.
Kiedy gryf próbował atakować, leciała w niego salwa płomiennych ataków, szybkich i równie brutalnych, co orle szpony. Kaberu wziął głęboki wdech, z wnętrza jego gardła wystrzeliła płomienna lanca, która nie tyle zdekoncentrowała gryfa, co powaliła na ziemię, ze śladem spalenizny w okolicy piersi. Żył, ale miotał się na ziemi, oszołomiony i ogarnięty bólem, jakiego trudno sobie wyobrazić. Był jeszcze drugi - tamten był nieco starszy i doświadczony, a z nim nie poszło basiorowi tak łatwo. Celowo machał Kaberu skrzydłami przed oczami, aby go zdekoncentrować, rzucał kłody pod łapy, byleby nie dać szansy wilkowi do ataku. Wycelowane w szyję wilka rozczapierzone szpony mknęły ku niemu, jak pocisk wystrzelony z kuszy. Kolejna oślepiająca salwa złocisto bladego światła, które zakłóciło rytm ataku gryfa. Stwór, byleby ochronić wrażliwe oczy, usiłował zasłonić się skrzydłami, ale tym samym był zmuszony do zmiany toru lotu i wylądował na ziemi. Zarysował głęboko w ziemi ślady po pazurach, zamachał wściekle skrzydłami, wzburzając w powietrze drobinki pyłku, od którego chciało się kichać.
niedziela, 7 grudnia 2025
Od Naharysa ciąg dalszy Lumy ~ "Spisane w wodzie"
Rzadko się zdarzało - albo w ogóle - kiedy Alfa opuszczał swoje wygodne, wypełnione przepychem komnaty i zniżał się tak nisko, by nawet skarcić swoich podwładnych. Fatygował się całą tę drogę, tylko wyłącznie dla jednego słowa.
— Trening.
Salem nie był szanowanym wilkiem, ale nikt tej zniewagi nie odważyłby się okazać mu prosto w oczy - chyba, że jest się niezwykle szalonym albo niebywale głupim. Nie było sensu wdawać się z nim w polemikę czy dyskusję. Naharys spuścił nieco głowę, odwrócił od Alfy spojrzenie, by jeszcze raz przyjrzeć się twarzy nowo poznanej wadery. Nie widział w niej niczego, poza pogardliwą satysfakcją.
~ Poczekaj, ty mały skowronku, teraz Ci się upiekło, ale następnym razem nie będziesz mieć tyle szczęścia.
Pomyślał z uśmiechem, kreślącym się mu pod lekko spuszczonym nosem i poszedł w ślad za Salemem. Tak się zagadał z tą małą znajdą, że stracił poczucie czasu - choć to bardziej wyglądało na utarczkę słowną niż zwyczajną konwersację. Nie dał się jej tak łatwo sprowokować. Słyszał w życiu już niejedno i takie pyskowanie nie robiło na nim wrażenia - ale jedynie, co utkwiło mu w pamięci to jej piękne, seledynowe oczy, które skrzyły się za każdym razem, gdy wadera ripostowała samca. Miała charakter, to musiał przyznać. Nie przestawał ją obserwować nawet, gdy zaskoczył ich Salem - zazwyczaj inne wilki kulą się, kurczą w oczach i odpuszczają. Wadera nie drgnęła ani na jotę. Stała nadal, z niezachwianą dumą, przyglądając się całej tej scenie z niewzruszoną miną. A Alfa nawet nie zwrócił na nią uwagi - chyba jej nie zauważył. Szczęściara. Chyba nigdy nie miała okazji widzieć Salem'a wkur***nego. On go widział, wręcz kipiał ze wściekłości. Udawał, że słuchał z uwagą jego uwag i kazań na temat tego, że nie miał najmniejszej ochoty za każdym razem łazić za wojownikami i przypominać im o ich świętych obowiązkach. Kontem oka, kiedy Salem był skupiony na prawieniu reprymendy, Naharys zerknął za siebie, aby spojrzeć na pyskatą waderę. Nie było jej tam. Zdołała rozpłynąć się tak szybko, jak się pojawiła - niech cieszy się swobodą póki może.
Trening, póki co, przebiegał dość spokojnym rytmem - być może to przez rutynę, wywołaną ciągłym wałkowaniem jednego i tego samego programu treningowego. Na nudę jednak nie można było narzekać. Naharys został na poligonie do późnego popołudnia, a potem luźnym truchtem przebiegł się w stronę Varony, by tam skorzystać z reszty wolności na dzisiaj. Pierwsza rzecz, jaka skusiła jego uwagę, to wyjątkowy tumult, wydobywający się z "Prymusa". Kierowany lekką ciekawością, wspiął się po imitujących stopnie schodów dębowych belkach, zajrzał do środka, a do jego nosa doszły mieszanina różnorodnych zapachów. Jedzenia, alkoholu i palonego drewna w palenisku. A potem usłyszał nawoływania niewielkiego tłumu, zgromadzonego wokół czyjegoś stołu, dźwięk zderzającego się szkła o szkło i zrozumiał już o co chodzi. Tłum z chwili na chwilę robił się coraz to liczniejszy, gęstszy, a przez to salę wypełniał coraz to większy harmider. Naharys jednak nie był widowiska ciekawy. Jego uwagę natomiast zwróciła pewna dobrze mu zapamiętana wadera, która podobnie, co on, obserwowała widowisko z nieskazitelnie czystą obojętnością. Pierwsze, na czym się skupił, to były dobrze mu znane seledynowe oczy.