Rzadko się zdarzało - albo w ogóle - kiedy Alfa opuszczał swoje wygodne, wypełnione przepychem komnaty i zniżał się tak nisko, by nawet skarcić swoich podwładnych. Fatygował się całą tę drogę, tylko wyłącznie dla jednego słowa.
— Trening.
Salem nie był szanowanym wilkiem, ale nikt tej zniewagi nie odważyłby się okazać mu prosto w oczy - chyba, że jest się niezwykle szalonym albo niebywale głupim. Nie było sensu wdawać się z nim w polemikę czy dyskusję. Naharys spuścił nieco głowę, odwrócił od Alfy spojrzenie, by jeszcze raz przyjrzeć się twarzy nowo poznanej wadery. Nie widział w niej niczego, poza pogardliwą satysfakcją.
~ Poczekaj, ty mały skowronku, teraz Ci się upiekło, ale następnym razem nie będziesz mieć tyle szczęścia.
Pomyślał z uśmiechem, kreślącym się mu pod lekko spuszczonym nosem i poszedł w ślad za Salemem. Tak się zagadał z tą małą znajdą, że stracił poczucie czasu - choć to bardziej wyglądało na utarczkę słowną niż zwyczajną konwersację. Nie dał się jej tak łatwo sprowokować. Słyszał w życiu już niejedno i takie pyskowanie nie robiło na nim wrażenia - ale jedynie, co utkwiło mu w pamięci to jej piękne, seledynowe oczy, które skrzyły się za każdym razem, gdy wadera ripostowała samca. Miała charakter, to musiał przyznać. Nie przestawał ją obserwować nawet, gdy zaskoczył ich Salem - zazwyczaj inne wilki kulą się, kurczą w oczach i odpuszczają. Wadera nie drgnęła ani na jotę. Stała nadal, z niezachwianą dumą, przyglądając się całej tej scenie z niewzruszoną miną. A Alfa nawet nie zwrócił na nią uwagi - chyba jej nie zauważył. Szczęściara. Chyba nigdy nie miała okazji widzieć Salem'a wkur***nego. On go widział, wręcz kipiał ze wściekłości. Udawał, że słuchał z uwagą jego uwag i kazań na temat tego, że nie miał najmniejszej ochoty za każdym razem łazić za wojownikami i przypominać im o ich świętych obowiązkach. Kontem oka, kiedy Salem był skupiony na prawieniu reprymendy, Naharys zerknął za siebie, aby spojrzeć na pyskatą waderę. Nie było jej tam. Zdołała rozpłynąć się tak szybko, jak się pojawiła - niech cieszy się swobodą póki może.
Trening, póki co, przebiegał dość spokojnym rytmem - być może to przez rutynę, wywołaną ciągłym wałkowaniem jednego i tego samego programu treningowego. Na nudę jednak nie można było narzekać. Naharys został na poligonie do późnego popołudnia, a potem luźnym truchtem przebiegł się w stronę Varony, by tam skorzystać z reszty wolności na dzisiaj. Pierwsza rzecz, jaka skusiła jego uwagę, to wyjątkowy tumult, wydobywający się z "Prymusa". Kierowany lekką ciekawością, wspiął się po imitujących stopnie schodów dębowych belkach, zajrzał do środka, a do jego nosa doszły mieszanina różnorodnych zapachów. Jedzenia, alkoholu i palonego drewna w palenisku. A potem usłyszał nawoływania niewielkiego tłumu, zgromadzonego wokół czyjegoś stołu, dźwięk zderzającego się szkła o szkło i zrozumiał już o co chodzi. Tłum z chwili na chwilę robił się coraz to liczniejszy, gęstszy, a przez to salę wypełniał coraz to większy harmider. Naharys jednak nie był widowiska ciekawy. Jego uwagę natomiast zwróciła pewna dobrze mu zapamiętana wadera, która podobnie, co on, obserwowała widowisko z nieskazitelnie czystą obojętnością. Pierwsze, na czym się skupił, to były dobrze mu znane seledynowe oczy.